W poprzednim artykule cyklu Powraca sprawa prof. Jarosza, dotyczącym znanego polskiego ekonomisty, wyraziłem opinię, iż pole manewru dla uzasadnionej i potrzebnej krytyki działalności prokuratury jest nadzwyczaj nikłe. Dowodziłem również, chociaż nadaje się to na obszerną rozprawę, że brak krytyki i nacisku na prokuratury ze strony społeczeństwa powoduje, iż z kolei ma ona zbyt szerokie pole manewru, co nieuchronnie sprzyja wykorzystaniu uprawnień prokuratorskich do akcji represyjnych. Co zatem pozostaje ? Prośby do upolitycznionego Prokuratora Krajowego, by z łaskawością monarchy zainteresował się niecnym postępowaniem tego czy innego prokuratora? Albo prośby do upolitycznionego Ministra Sprawiedliwości?
Przede wszystkim zwróciłem uwagę na problem „selektywnego” podejścia niektórych prokurator rejonowych do osób podejrzanych o przestępstwa; odmawiania wszczęcia postępowania w sprawach, które w innym wydaniu wywołują ich nadzwyczaj silną reakcję. Sięgnąłem przy tym do bulwersujących przykładów ze sprawy prof. Jarosza. Jednak poza sygnalizowanymi wcześniej grzechami zaniechania, które przecież podważają wiarygodność postępowań prokuratorskich wobec profesora, są jeszcze inne zagadnienia do omówienia.
Najważniejszym, niejako inaugurującym zaangażowanie prokuratury w tę sprawę było doniesienie złożone przez byłą minister edukacji, panią Krystynę Łybacką . Nie znam konkretnej treści tego doniesienia, ale dzięki enuncjacjom prasowym wiadomo, że zawierało ono zarzut, iż prof. Jarosz przywłaszczył sobie z funduszy kierowanej przez siebie uczelni ok. 230 tys. złotych. Na to wskazywałyby rewelacje zawarte w wielu artykułach prasowych, zawsze przyjaznych pani minister. Przytoczę tylko niektóre fragmenty tych artykułów. Na stronach internetowych Gazety Wyborczej [ Jarosz nie będzie wykładał na KUL, Gazeta Wyborcza (19.09.2005)] można przeczytać : Prokuratura zarzuca prof. Jaroszowi przywłaszczenie 230 tys. zł i groźby pod adresem dziennikarki lokalnego tygodnika. Podobny tekst pojawia się na stronach Money.pl: Prokuratura w Przeworsku oskarża byłego rektora o zagarnięcie z kasy uczelni 230 tysięcy złotych i groźby karalne wobec dziennikarki. Zarzut ten powtarza się jeszcze w kilku innych artykułach.
Rozpatrywany tutaj zarzut wobec prof. Jarosza wychodzi z ministerstwa edukacji, trafia do prokuratury, a następnie powraca do ministerstwa jako … uzasadnienie odwołania profesora z funkcji Rektora uczelni w Jarosławiu. Tak więc to pani minister Krystyna Łybacka rzuca piłkę w ręce prokuratora, a ten wkopuje go do bramki profesora. Dzięki temu minister Mirosław Sawicki ( wymieniający panią Krystynę Łybacką na ministerialnym stanowisku) odgwizduje (jednak przedwcześnie) koniec rozgrywki i przyznaje zwycięstwo sobie samemu. Teraz przychodzi kolej na faule.
Pierwszy faul, który jest całkiem widoczny – nie tylko dla każdego prawnika – polega na tym, że prof. Jarosz wcale nie przywłaszczył ani nie zagarnął 230 tys. zł. Początkowo jest to jasne dla wszystkich, w tym dla prokuratury zajmującej się postawionym mu przez ministerstwo zarzutem, że nic takiego nie miało miejsca: [Rektor nie przychodzi na wezwania policji: Radio Bieszczady (02.06.2004)]: Policja na polecenie prokuratora miała postawić mu zarzut niedopełnienia obowiązków. - Chodzi o to, że rektor jarosławskiej uczelni realizował uchwały senatu, które były niezgodne z prawem, a jako rektor powinien był wystąpić o ich uchylenie albo powiadomić o nich Ministerstwo Edukacji - wyjaśnia prokurator Haśko.
Chodzi o uchwały senatu w sprawie wynagrodzenia dla samego Antoniego J. Od 2001 do 2003 senat przyznał rektorowi podwyżki i nagrody w łącznej wysokości 260 tys. zł brutto. - Choć nie miał do tego prawa - wyjaśnia Haśko.
Sprawą tych wynagrodzeń zainteresowało się Ministerstwo Edukacji Narodowej i Sportu po kontroli w jarosławskiej Wyższej Szkole Zawodowej. MENiS skierowało sprawę do prokuratury.
Czytelnik nie musi wiedzieć, że między wspomnianym zarzutem o przywłaszczenie a zarzutem niedopełnienia obowiązków jest tak duża różnica, jak między Bałtykiem a sklepem rybnym. Tego nic nie jest w stanie zmienić, nawet szyld na witrynie sklepowej. Rektor realizował uchwały senatu ,które ministerstwo uznało za nieważne. Nie jest to wcale wyjątkowa sytuacja, o czym pani minister dobrze wiedziała. Może Rektor nie zgadzał się z postawionym zarzutem? Też nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego. Do tego jest Sąd Pracy, aby rozstrzygać podobne spory. Ktoś korzysta z bardzo swobodnej interpretacji właściwości sądów i z całą pewnością nie jest to prof. Jarosz.
W środkach masowego przekazu pojawiają się karkołomne objaśnienia omawianej „rozbieżności”, usiłujące wcisnąć początkowy zarzut niedopełnienia obowiązków w wąskie ramy zarzutu przywłaszczenia. Senat szkoły, w którym zasiada kilkunastu profesorów pospiesznie uznaje się za ubezwłasnowolniony przez Rektora, który rządził niepodzielnie uczelnią [Małgorzata Bujara, Magdalena Kula: Rektor Jarosz odwołany dzięki nowej ustawie, Gazeta Wyborcza” (20.09.2005), cytuję za Racjonalista – portalem ateistycznym]. Zaraz potem dziennikarze nadali nową nazwę uczelni w Jarosławiu : folwark rektora Jarosza [Dorota Wilk, Małgorzata Bujara: Folwark rektora Jarosza, Gazeta Wyborcza (09.06.2005), cytuję za Racjonalista – portalem ateistycznym].
Dzięki postawionemu przez prokuratora oskarżeniu, minister Mirosław Sawicki uzyskał formalną podstawę do odwołania prof. Jarosza, co szeroko komentują media. Wychwalają przy okazji ministra za przeforsowanie zmian ustawy o szkolnictwie wyższym, likwidujących autonomię szkół wyższych, (tylko po to, aby umożliwić mu to odwołanie). Czy jednak na pewno minister się nie przeliczył? Do ustawy został wprowadzony zapis uprawniający ministra edukacji do odwołania Rektora w przypadku rażącego naruszenia prawa [powołuję się na zapis Ustawy z dnia 27 lipca 2005 r. Prawo o szkolnictwie wyższym, z późniejszymi zmianami (Dz. U. z dnia 30 sierpnia 2005 r.), art. 38.5]. Ale rażącego naruszenia prawa minister nie wykazał i nie mógł wykazać. Takiego rażącego naruszenia prawa w ogóle było, a to, na które powołuje się minister dokonał Senat uczelni, a nie jej Rektor. Dlatego od ceny takich przypadków – czy nastąpiło rażące naruszenie prawa ? – ministrów powinno się trzymać jak najdalej. Ani minister, ani prokurator nie powinien być uprawniony do takiej oceny. Sądy stają się wtedy zbyteczne.
Ktoś może powiedzieć, że jest to tylko niewielkie odstępstwo od generalnej zasady, obowiązującej w państwie prawa. Czy rzeczywiście likwidacja autonomii wyższych uczelni jest mało ważna? Czy rozwój nauki i szkolnictwa wyższego, dla których autonomia jest żywotnie konieczna, także jest bez znaczenia?
Sprawa z prokuratury trafiła do sądu rejonowego w Jarosławiu. Powinienem napisać, że byłem zaskoczony uzasadnieniem wyroku, który wydał sąd, ale – szczerze powiedziawszy – nie byłem zaskoczony. Dwa lata więzienia w zawieszeniu na pięć lat, 10 tys. zł grzywny, zakaz pełnienia funkcji kierowniczych na państwowych uczelniach przez pięć lat oraz nakaz zwrócenia 230 tys. zł jarosławskiej szkole - taki wyrok usłyszał w piątek Antoni Jarosz - informuje dziennikarka Gazety Wyborczej, pani Dorota Wilk. I dodaje: Sąd uznał, że były rektor Państwowej Wyższej Szkoły Zawodowej w Jarosławiu wziął z kasy szkoły 230 tys. zł nagród i podwyżek, chociaż nie miał takiego prawa. Pieniądze przyznał mu senat uczelni w latach 2001-2003. Zdaniem sądu Jarosz miał pełną świadomość tego, że nagrody i podwyżki mógł mu przyznawać tylko minister edukacji. Rektor nie podważał jednak decyzji senatu, chociaż powinien był zwrócić się do niego o anulowanie nagród [były rektor osądzony, Rzeszów.net (24.12.2005)].
Nie jestem zaskoczony. Dziwi mnie tylko, że sąd nie ukarał również wszystkich członków senatu, którzy przyznawali Rektorowi nagrody, chociaż nie mieli do tego prawa. Oni także zapewne mieli pełną świadomość… etc.
Należałoby także zapewne ukarać samego Ministra Sawickiego, gdyż na nim ciążył prawny obowiązek stwierdzenia nieważności podejmowanych przez senat uchwał, oczywiście z poszanowaniem prawa senatu do złożenia skargi na jego rozstrzygnięcie do sądu administracyjnego.
Kogo by tu jeszcze ukarać, stosując podobne rozumowanie?
Sąd Okręgowy w Przemyślu uchylił wyrok jarosławskiego sądu, ale, jak słyszę, ze względów proceduralnych.
Tydzień po odwołaniu prof. Jarosza z funkcji Rektora przez ministra Mirosława Sawickiego napływa kulminacyjna fala skierowanej przeciw niemu agresji. 26 września 2005 roku zostaje on aresztowany przez policję na terenie jarosławskiej uczelni, na oczach kadry profesorów, studentów, pracowników administracyjnych i zapewne uprzedzonych o mającym nastąpić spektakularnym aresztowaniu dziennikarzy. Prof. Jarosz nie przyjął odwołania, uznając je za bezprawne i jak złośliwie donoszą dziennikarze „okupuje swój gabinet”. Jak wyrzucić Jego Magnificencję? – zastanawiają się dziennikarze Rzeczypospolitej [Patrz: Rektor okupuje gabinet, Rzeczpospolita (24.09.2005)]. To sąd powinien rozstrzygnąć, kto ma rację: minister czy rektor. Ale byłaby to niepotrzebna fatyga. Aresztowanie rozstrzyga to szybko i skutecznie.
Były rektor PWSZ w Jarosławiu został zatrzymany na terenie uczelni w poniedziałek. Noc spędził w policyjnej izbie zatrzymań w Rzeszowie. Jak dowiedzieliśmy się nieoficjalnie, wczoraj był konfrontowany ze świadkami, którzy go obciążają. Dziś do PWSZ przyjeżdża minister edukacji narodowej Mirosław Sawicki. Podczas spotkania z pracownikami uczelni zostanie ustalony termin posiedzenia senatu [Dorota Wilk, Małgorzata Bujara: Były rektor z zarzutem, Gazeta Wyborcza (27.09.2005)].
Nikt nie zauważa, albo nie może się przebić ze swoim spostrzeżeniem do opinii publicznej, że policja, wkraczając na teren uczelni i demonstracyjnie aresztuje jej dotychczasowego Rektora, gwałci autonomię uczelni. 8 marca 1968 roku milicja wkracza (podobno za zgodą Rektora) na teren Uniwersytetu Warszawskiego. Fakt ten zostaje odebrany jako rażące pogwałcenie autonomii uczelni, co wywołuje ostrą krytykę i protesty w całym kraju. Trzydzieści siedem lat później analogiczny fakt uchodzi za normalny.
Policja ściśle współpracuje z ministrem Mirosławem Sawickim, czym nieostrożnie sam się chwali. Chwali się też rzecznik prasowy ministerstwa: - Byliśmy w kontakcie z policją i wiedzieliśmy o podjętych działaniach - potwierdza rzecznik Ministerstwa Edukacji Mieczysław Grabianowski [Dorota Wilk , Małgorzata Bujara: Były rektor aresztowany. Jarosz odpowie za korupcję?, Gazeta Wyborcza (26.09.2005)]. Nie wiem, czy do zakresu tej współpracy należało usunięcia prof. Jarosza z uczelni (w drodze aresztowania!) po to, aby minister mógł przyjechać do szkoły w Jarosławiu, ale na to wygląda. Sygnalizowałem wcześniej, że przypomina to okoliczności zatrzymania przez UOP w lutym 2002 roku ówczesnego prezesa PKN ORLEN Andrzeja Modrzejewskiego, uzasadniające powołanie sejmowej komisji śledczej w tej sprawie. Też, moim zdaniem, w sprawie prof. Jarosza przydałaby się podobna sejmowa komisja śledcza.
Media szeroko informują o aresztowaniu prof. Jarosza. Piszą m.in.: Na wniosek Prokuratury Rejonowej w Rzeszowie tamtejszy sąd rejonowy aresztował na trzy miesiące b. rektora Państwowej Wyższej Szkoły Zawodowej w Jarosławiu, prof. Antoniego J. - poinformował szef tej prokuratury Jan Łyszczek. Byłemu rektorowi zarzucono m.in., że powołując się na wpływy w szkołach wyższych, obiecywał załatwienie przyjęć na studia oraz otwarcie przewodu doktorskiego, za co otrzymał od pokrzywdzonych łącznie 20,5 tys. zł. Ciąży na nim ponadto zarzut przyjmowania lub żądania korzyści związanych z pełnieniem funkcji rektora [Były rektor z Jarosławia został aresztowany. Onet (26.09.2005)]. Nie wszystko jest jednak jasne. Ja sygnalizowałem w pierwszym artykule niniejszego cyklu: problem polega na tym, że w ramach obowiązujących zasad i procedur w szkolnictwie akademickim niemożliwe jest załatwienie otwarcia przewodu doktorskiego. Tym bardziej razi zarzut o załatwianie tytułów doktora, a również ten zarzut dostaje się do mediów: Prokuratura zarzuca korupcję prof. Antoniemu J., który tydzień temu został odwołany z funkcji rektora jarosławskiej uczelni.[…] Nieoficjalnie "Rz" dowiedziała się, że Antoni J. miał załatwiać młodym pracownikom tytuły doktora [Czy rektor sprzedawał doktoraty, Rzeczpospolita (28.09.2005)].
Mam wrażenie, że nie wszyscy zainteresowani sprawą prof. Jarosza wiedzą, czym jest korupcja i nadużywają tego terminu. W ogólnie przyjmowanym znaczeniu jest ona wykorzystaniem urzędu publicznego do celów prywatnych. Jaki zatem ma sens zarzut, że prof. Jarosz miał „załatwiać tytuły doktora”. Szkoła, której był Rektorem nie posiadała uprawnień do nadawania tych tytułów. Rektor WSZP nie miał - z mocy sprawowanego urzędu - żadnego wpływu na nadawanie tych tytułów w innych uczelniach, posiadających takie uprawnienia. Pozostaje jedynie ewentualność powoływania się na wpływy w innych uczelniach, przekonanie potencjalnego doktoranta, że dzięki tym wpływom otworzy przewód albo uzyska doktorat. Przy jakim jednak poziomie naiwności możliwe jest przekonanie kogoś o atrakcyjności takiej oferty „załatwienia sprawy” ? Po pierwsze, należy mieć na uwadze fakt, który dla pracowników naukowych jest oczywisty, że nie ma wielkich trudności z zostaniem doktorantem. Studia doktoranckie są powszechnie dostępne dla magistrów spełniających niewygórowane wymagania merytoryczne. Opłaty za te studia są wielokrotnie niższe niż rzekome łapówki dla prof. Jarosza. Jedyną rzeczywistą barierą utrudniającą otwarcie przewodu doktorskiego i uzyskania doktoratu stanowią wymagania merytoryczne stawiane przed doktorantem.
Osoba robiąca karierę naukową nie może tego przeoczyć. Wie, że bez wykazania się wymaganym dorobkiem naukowym i dojrzałą koncepcją pracy doktorskiej oraz bez długotrwałego wysiłku z doktoratu nic nie wyjdzie.
(aby czytać dalej pobierz plik z pełną wersją artykułu)