Wbrew wszelkiej logice wieloletnia nagonka na cenionego ekonomistę prof. Antoniego Jarosza nie ustaje, lecz przybiera jawnie cyniczną formę, co wskazuje, jak dalece poczucie bezkarności i degrengolada moralna opanowały sporą grupę pracowników mediów i funkcjonariuszy wymiaru sprawiedliwości. W tym kolejnym artykule dotykam jednego z najtrudniejszych aspektów procesu prof. Antoniego Jarosza i (nieprawomocnego) wyroku skazującego profesora na 5 lat więzienia przez Sąd Rejonowy w Rzeszowie. Na początek zmuszony jestem poświęcić kilka zdań wyjaśnień, dlaczego ten aspekt sprawy prof. Jarosza jest szczególnie trudny do przedstawienia.
Reakcje środowisk prawniczych na krytykę tych lub innych wyroków, postanowień oraz mankamentów przebiegu procesów sądowych są wręcz alergiczne, a jednocześnie coraz częściej protesty nie są skierowane przeciwko niedociągnięciom prokurator i sądownictwa, lecz przeciw bezprawiu sądowemu. Sytuacja stała się super-patologiczna.
O ile politycy potrafią przez dłuższy czas (do czasu!) lekceważyć i oszukiwać opinię publiczną, także niszcząc w ten sposób instytucje publiczne, to gwałcenie sprawiedliwości przez instytucje powołane do jej chronienia ma zgoła inne znaczenie. Jest ono podkopywaniem fundamentów własnego zawodu: autorytetu, respektu i zaufania, co zazwyczaj kończy się kataklizmem całego środowiska. A więc to nie tylko brak zasad etycznych, to także brak elementarnego instynktu samozachowawczego tych środowisk.
Gdy prokuratury i sądy nadużywają autonomii i władzy, stają się siedliskiem powszechnej demoralizacji. Ich działalność nie jest „etycznie neutralna”, jak to od dłuższego czasu głoszą niektóry profesorowie prawa.
Istotną role ma przy tym niedopuszczanie do krytyki tych instytucji, a nawet karanie (przez sądy) uczestników procesów za przywoływanie nielubianych faktów. Argumenty uzasadniające odrzucanie krytyki składają się głównie z trzech elementów.
Pierwszy, to przeświadczenie, że krytyka prowadzi do obniżania powagi nieodzownej do wykonywania zawodu autorytetu sędziów i innych zawodów prawniczych i domaganie się przy tej okazji szczególnego szacunku dla osób wykonujących zawód sędziego, prokuratora, notariusza itp. Drugi, to często wygłaszana publicznie obawa przed naruszaniem niezawisłości sądu, bowiem rzekomo krytyka sądu może stanowić próbę wpływania na jego działania i rozstrzygnięcia. Trzeci, to rzekomy brak kompetencji do krytycznej analizy pracy sądów ze strony innych środowisk zawodowych.
Fakt, iż środowiska prawnicze są silnie zainteresowane możliwie daleko idącą autonomią, nie może nikogo dziwić. Duży zakres tej autonomii jest niezbędny do prawidłowego funkcjonowania wymiaru sprawiedliwości. Nie można jednak się zgodzić z twierdzeniem, wedle którego krytyka błędnych, a tym bardziej celowo stronniczych rozstrzygnięć i niedopuszczalnego trybu postępowania sądów jest absolutnie niedopuszczalna. Otóż, całkowicie usprawiedliwionym i społecznie pożądanym obszarem tej krytyki jest krytyka złego funkcjonowania wymiaru sprawiedliwości. Taka krytyka wymaga spojrzenia z zewnątrz oraz kompetencji, których prawnicy nie posiadają (jak łatwo zauważyć, odrzucam prawnikom piłeczkę oznaczoną napisem „brak kompetencji”). Taka krytyka odzwierciedla oczekiwania społeczne, iż sądy powinny funkcjonować zgodnie z interesem społecznym, co jest dla obywateli niezmiernie ważne. Sądy pod tym względem autonomiczne nie są i być nie mogą: mają one służyć zapewnieniu bezpieczeństwa poszczególnym obywatelom oraz spolegliwych wobec nich instytucji, a także ograniczaniu ryzyka niebezpiecznych deformacji w przyszłości. Ocena niezawodności sądów nie jest ich wewnętrzną sprawą.
Najpoważniejsza jest sprawa niezawisłości sądów. Trzeba zachować konieczny umiar w wyjaśnianiu, na czym ta niezawisłość polega. Powinno nam wszystkim zależeć na dobrze rozumianej niezawisłości sądów; ograniczę się do następującej uwagi. Niezawisłość sądów jest pojęciem normatywnym, czyli takim, które określa „jak powinno być” i może służyć wprowadzaniu takich norm i procedur funkcjonowania sądów, które służyłyby spełnieniu tej powinności, a nawet ją wymuszały. Natomiast owa niezawisłość sądów nie jest pojęciem opisowym, czyli określającym bezwarunkowo istniejący stan rzeczy. Jak mówią Japończycy: palec jest po to, aby wskazywać księżyc; jakaż bieda stać się może, kiedy komuś pomyli się palec z księżycem. Niezawisłość sądów jest palcem wskazującym, a nie księżycem.
Uwagi te mogą pozornie wydawać się nie na temat, albo być odczytane jako forma aluzji wobec orzeczenia sądu w sprawie prof. Jarosza, która jest (zgodnie z zapowiedzią zawartą w tytule niniejszej serii artykułów) głównym przedmiotem niniejszych dociekań. Ta sprawa nie miałaby miejsca, gdyby publiczna krytyka wymiaru sprawiedliwości była uznawana i skuteczna. Ileż to mamy publikacji stosujących zawoalowaną i asekuracyjną krytykę lub rozpaczliwych protestów przeciw jawnemu i bezpardonowemu gwałceniu wymiaru sprawiedliwości? Nie jest to zdrowe.
Wracając do sprawy prof. Jarosza twierdzę stanowczo, że w na szczególną krytykę zasługuje bezzasadne utajnienie procesu sądowego. Nie wyłącznie chodzi tylko o to, że utajnienie nie dotyczy meritum sprawy. Problem sprowadza się do oceny znaczenia utajnienia procesu, w sporadycznych przypadkach rzeczywiście koniecznego, ale mającego zdecydowanie negatywny wpływ na funkcjonowanie sądu. Jest to bowiem przechodzenie do sądu kapturowego. Publiczność sądowa jest biernym, lecz niezwykle ważnym czynnikiem społecznej kontroli postępowania procesowego. Aby to wyjaśnić, odwołam się do własnych obserwacji i doświadczeń sprzed niespełna roku. W wytoczonym przez mnie procesie Uniwersytetowi Warszawskiemu (aby rozwiać cień wątpliwości powiem, że Uniwersytet proces ten przegrał), bez trudu odkryłem, iż protokoły sądowe były sporządzane celowo niedbale. Istotne i korzystne dla mnie dla oświadczenia sądu i wypowiedzi świadków nie były w ogóle uwzględniane. Śmiało mogę twierdzić, że takie funkcjonowanie sądu (we wspomnianym przypadku Sądu Pracy w Warszawie) ewidentnie podważa rzetelność procesu. W szczególności zagraża tym, że wyrok zostanie wydany na podstawie niepełnych lub nawet tendencyjnie sporządzonych protokołów. Publiczność sądowa utrudnia i ogranicza taką możliwość, bowiem jej obecność stwarza ryzyko wydostania się na światło dzienne rozbieżności między relacjami publiczności z sali sądowej a zachowanymi w aktach sprawy protokołami.
Dziwię się obrońcom prof. Jarosza, że na początku procesu prowadzonego przez Sąd Rejonowy w Rzeszowie nie złożyli stosownego zażalenia na postanowienie sędziny Magdaleny Noworol o utajnieniu procesu, ku czemu mieli pod ręką ważne okoliczności (z dostępnych ogólnie relacji prasowych, a jedynie takimi się tutaj posługuję, trudno odczytać faktyczne uzasadnienie utajnienia tego procesu).
Kontrola publiczna postępowania sądowego, jaką umożliwia jawność postępowania, nie jest oczywiście jedynym i najważniejszym elementem ogólnego systemu kontroli działalności sędziów oraz ich ewentualnych nadużyć. W sądach funkcjonuje (lepiej lub gorzej) kontrola wewnętrzna, na przykład prowadzona przez wydziały wizytacyjne. Ale jeśli chodzi o już zamknięte sprawy (zaś każda sprawa tym się musi skończyć), najważniejsze okazuje się archiwum, w którym zachowuje się akta spraw. Sądy na szczęście tym się wyróżniają spośród wielu instytucji państwowych, że nie mogą służyć za fasadę dla anonimowych decyzji. Imienne, a nie anonimowe ferowanie wyroków jest fundamentem sądownictwa, które dzięki temu z jednej strony idea sądów kapturowych słabo się sprawdza, a z drugiej powoduje, że odpowiedzialność sędziów składających podpisy pod orzeczeniami sądowymi jest znacznie większa niż pozostałych decydentów działających w imieniu państwa. Może nie wszyscy sędziowie zdają sobie z tego sprawę (takie jest moje odczucie), niemniej jest to ważne i skuteczne zabezpieczenie przez niesprawiedliwymi wyrokami.
Dziennikarka Gazety Wyborczej tak odpowiada na pytanie, dlaczego sąd proces utajnił: Dlaczego? Jarosz jest oskarżony m. in. o czerpanie korzyści osobistych. Nieoficjalnie wiadomo, że chodzi o kontakty seksualne. Sąd uznał, że rozprawa będzie prowadzona bez udziału widzów, by nie naruszyć dobrych obyczajów.
Jeśli to prawda, to mamy przykład niezłego pasztet. Stwierdzenie Gazety Wyborczej deprecjonuje oskarżonego oraz angażuje autorytet sądu w tworzenie krzywdzącej opinii o profesorze. Jak można się domyślić, wątek „obawy sądu przed zgorszeniem publiczności” został przez nieprzyjazne prof. Jaroszowi media skrzętnie wykorzystany.
Nie zamierzam komentować wyroku. Wolę raczej skomentować… prasowe komentarze na ten temat. W komentarzach tych eksponuje się negatywną charakterystykę skazanego na 5 lat więzienia Antoniego Jarosza, dokonaną przez sędzinę. Z jej ust (jak wynika z tych komentarzy […Sąd skazał Jarosza na 5 lat więzienia, Gazeta Wyborcza, 12.09.2006]) pada opinia: - Symulował choroby, a raz uderzył się głową w kratę radiowozu, by nie brać udziału w procesie - podkreśliła. Opinia ta została wyrażona w celu uzasadnienia, dlaczego rozprawy odbywały się bez udziału oskarżonego i obciążenia go winą za utrudnianie postępowania sądowego. Poruszając się w tej delikatnej materii prawniczej musze zakładać, że opinia ta miała zbliżone uzasadnienie, jak przedstawia to prasa, a więc nie służyła do uzasadnienia wyroku.
Otóż opinię o tym, że prof. Jarosz symuluje choroby słychać później także z ust dziennikarki Życia Podkarpackiego, w formie – trudno to ukryć – wyjątkowo bezczelnej. Pozwala sobie ona na stwierdzenie, że [Profesor J. nie dociera do sądu, Onet.pl, 04.08.2006]: - Scenariusz jest zawsze ten sam – mdleje, słabnie, choruje, podupada na zdrowiu – mówi Ewa Kłak – Zarzecka, dziennikarka Życia Podkarpackiego. – I nie ma na to siły, nie ma prawa. Dziennikarka wyklucza oczywistą możliwość choroby prof. Jarosza, co jest naturalną przypadłością grożącą każdemu człowiekowi, a tym bardziej osobie starszej, schorowanej, będącej obiektem nagonki prasowej i przeżywającej stresy, jakie nieuchronnie wywołują liczne dochodzenia prokuratorskie i rozprawy sądowe. Przytoczone stwierdzenie jest bezmyślne i złośliwe. Co więcej, ignoruje lub ukrywa istotny fakt, że prof. Jarosz był rzeczywiście poważnie chory, co najmniej na tyle, aby przez długi okres rocznego aresztu zajmować łóżko w szpitalu więziennym. Pomijam ogólnie znaną sprawę wielokrotnych pobić profesora, które musiały także wpłynąć na jego stan zdrowia.
W tym świetle podjudzanie, że nie ma na to siły, nie ma prawa, nie można nazwać inaczej jak wyjątkową nikczemnością.
Niefortunny zarzut o symulacji choroby sformułowany, jak zapewnia Gazeta Wyborcza, w ogłoszeniu wyroku skazującego prof. Jarosza , zapewne ośmielił media do uogólniania i powielania podobnych zarzutów. Cytowany artykuł Onetu zawiera nawet wyraźną sugestie, aby zarzut ten wykorzystać przeciwko prof. Jaroszowi w kolejnej rozprawie sądowej.
Pani sędzina Magdalena Noworol „nie dostrzegła”, że prof. Jarosz rzeczywiście był poważnie chory. Jak człowiek poważnie chory może symulować chorobę? Oskarżony może chorować, lecz mimo to być zdolnym do uczestniczenia w rozprawach sądowych. Jednak uzasadnienie symulacji choroby przez chorego nie jest tak proste, jak się to roiło pani sędzinie. A już z pewnością nie wystarczy powołanie się na zeznania konwojentów, że raz uderzył się głową w kratę samochodu. Czy człowiek chory nie jest narażony (bardziej niż zdrowy) na nagłe pogorszenie się jego stanu zdrowia? Żaden lekarz nie wystawi zaświadczenia, że stuprocentowo wyklucza taką możliwość. Logicznie biorąc, tylko w jednym przypadku istnieje stuprocentowa pewność, że stan zdrowia osoby chorej się nie pogorszy: gdy już ta osoba nie żyje.
Toteż nawet lekarz więzienny, który mówił prof. Jaroszowi, że najpierw jest klawiszem, długo, długo, długo nic i dopiero lekarzem, takiego zaświadczenia nie może wystawić.
Złe funkcjonowanie prokurator i sądów nie jest fenomenem oderwanym od sytuacji politycznej. Nadmierna ingerencja rządu w wielu dziedzinach, a tym bardziej upolitycznienie wszystkich aspektów życia publicznego jest widoczne gołym okiem. Ale nie jest to bynajmniej nadmierna ingerencja w imię poprawy funkcjonowania. Czynniki rządowe i resortowe jakby zwolnione z obowiązku uważnego przyglądania się sprawom bulwersującym opinię publiczną oraz zajmowania jasnego, oficjalnego stanowiska.
Po raz pierwszy określenia „lisia polityka” użyłem w jednym z poprzednich artykułów niniejszego cyklu. Starałem się wówczas zwrócić uwagę ministrowi nauki i szkolnictwa wyższego prof. Michałowi Seweryńskiemu, że on (oraz kierowane przez niego ministerstwo) obok sprawy prof. Jarosza nie powinny przejść obojętnie.
W poprzednich artykułach niniejszego cyklu przedstawiłem fakty świadczące o szkodliwej dla nauki polskiej działalności poprzednika ministra prof. Michała Seweryńskiego oraz niektórych pracowników ministerstwa. Uczestniczyli bowiem w przygotowaniu i dokonaniu bezprzykładnej napaści na prof. Jarosza, co nie może być sankcjonowane bezczynnością czy stosowaniem grubej kreski. To oznaczałoby, że już niemożliwe staje się przywrócenie elementarnego poczucia sprawiedliwości. Oznaczałoby także, że ministerstwo nie widzi powodów potępienia środków represji stosowanych przez byłych ministrów wobec prof. Jarosza i nie ma nic przeciwko temu, aby profesor był dalej obciążany zarzutami wykoncypowanymi w gabinecie ministra Sawickiego.
Problem jest szerszy, gdyż dotyczy całej panoramy uników stosowanych przez władze polityczne i rządowe.
(aby czytać dalej pobierz plik z pełną wersją artykułu)