Tylko w latach 1990-2010 polskie szkoły wyższe opuściło ok. 0,5 mln absolwentów przygotowywanych do wykonywania funkcji menedżerów (według kierunków: administracja, zarządzanie, zarządzanie produkcją).
Tak powstała jedna z największych grup zawodowych w Polsce. Pojawia się jednakże pytanie, co się z wspomnianymi absolwentami stało? Bowiem nie są oni widoczni ani w życiu publicznym (jako liderzy rozwoju gospodarczego), ani w polskim biznesie, który jest nadzwyczaj anemiczny. W latach 1992-2005 niemalże we wszystkich uniwersytetach, uczelniach politechnicznych i akademiach ekonomicznych powstały wydziały zarządzania ( dotyczyło to ponad 90% tych placówek szkolnictwa wyższego). A także powstały one w niektórych szkołach pedagogicznych, rolnych, wojskowych i sportowych. Szkoły niepubliczne zostały wręcz zdominowane przez edukację menedżerów. Na 326 notowanych w spisach Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego szkół niepublicznych ok. 150, czyli ponad 45 % zaangażowało się w prowadzenie studiów w zakresie administracji, zarządzania czy zarządzania produkcją. W sumie edukacją menedżerów objętych jest obecnie według naszych szacunków ok. 300 tys. studentów.
W 2009 roku tylko na studia stacjonarne z tych kierunków przyjęto blisko 70 tys. studentów (dla porównania - na drugim miejscu plasuje się pedagogika z 33 tys. nowych studentów). A wiadomo, że właśnie kierunki związane z zarządzaniem w szkołach niepublicznych są niemal w całości, a w szkołach publicznych w granicach 40-60%, realizowane na studiach niestacjonarnych.
To ostatnie wiąże się z warunkami pobierania od studentów czesnego. Nie ulega wątpliwości, że dochody od studentów-przyszłych menedżerów są obecnie jednym z głównych filarów utrzymania szkolnictwa wyższego w Polsce. Nadchodzący kryzys edukacji menedżerów może pogrążyć szkolnictwo wyższe do reszty.
Nas jednak interesuje najbardziej społeczna i indywidualna przydatność studiów menedżerskich. W poprzednim numerze EEM wyraziliśmy poważne zastrzeżenia co do „nobilitacji’ nauczania menedżerów, tj. odstąpienia od powszechnej w świecie praktyki organizowania szkół biznesu przy uczelniach jako płaszczyzny współpracy nauki i biznesu, co oznacza nie tylko odmowę nadania im statusu akademickiego, lecz przede wszystkim jest oznaką respektu dla wiedzy i doświadczeń praktycznych. Ilu wykładowców w ponad 200 placówkach szkolnictwa wyższego specjalizujących się w zarządzaniu posiada doświadczenie praktyczne w poważnej działalności biznesowej? Ilość tę można w przybliżeniu umieścić w przedziale 20-40 osób, z uwzględnieniem profesury zdobywającej szlify jeszcze w przedsiębiorstwach epoki Gierka. A ilu praktykom udało się „wtargnąć” na teren szkół i wystąpić w roli wykładowców?
To znaczy, że nie chodzi tylko o nadanie szkołom biznesu zbyt wysokiej rangi, ale także o skrzywienie ogólnej koncepcji kształcenia. Trudno wyobrazić sobie, aby wykładowcy nie mający w swych życiorysach zawodowych pracy na stanowiskach kierowniczych w przedsiębiorstwach mogli efektywnie i przekonywująco kształcić adeptów zarządzania.
Nie należy się również dziwić, że partycypacja biznesu w utrzymaniu szkół zarządzania jest w Polsce znikoma.
Co się stało z pół milionem polskich menedżerów? Tego nie wiemy, gdyż ich losy nie są monitorowane ani przez szkoły, ani przez Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego. Jednak jesteśmy przekonani, że te pół miliona ludzi silnie wpływa na klimat społeczny i polityczny, a także określa obecny charakter i możliwości rozwoju biznesu oraz rzutuje na perspektywy gospodarcze Polski. Czy w sensie pozytywnym? Co do tego mamy poważne wątpliwości.
(zaloguj się aby pobrać plik w formacie pdf)