Biuletyn jest wydawany tylko w formie elektronicznej.
Na niniejszej stronie dostępne są wyłącznie jego zdekodowane fragmenty.
Całość opracowana jest w formacie PDF, który ułatwia
pobieranie zamieszczonych w nim tekstów.

Przegląd prasy

Komunikaty, ogłoszenia

Powraca sprawa prof. Jarosza

2009-09-01

Sprawa ekonomisty prof. Antoniego Jarosza toczy się od wielu lat, będąc nie tylko jednym z wielu przykładów eliminacji wybitnych jednostek z życia publicznego, ale także obrazem systemu represji w dzisiejszej Polsce. Wielu może chciałoby ją wymazać z pamięci, ale to się ciągle nie udaje. Opublikujemy obszerny cykl artykułów – z których ten jest pierwszy – o wspomnianej sprawie, który wzbudzi zapewne konsternację środowisk mających wygórowane ambicje w bezzasadnym sprawowaniu „rządów dusz”.

Postaramy się wiernie oddać klimat panujący wokół tej sprawy, a ściślej biorąc, klimat celowego zamieszania i dezinformacji opinii publicznej, której głównym motywem jest całkowicie niewiarygodna metamorfozą początkowo mało znanej postaci Rektora założonej przez niego uczelni w Jarosławiu, profesora zwyczajnego Antoniego Jarosza w … przestępcę numer jeden w Polsce. Celowo jego nazwisko opatrujemy należnym tytułem naukowym. W licznych tytuły i funkcje naukowe profesora Antoniego Jarosza najchętniej były pomijane, a nawet wyszydzane. Były również przemilczane w trakcie prowadzonych przeciw niemu rozpraw sądowych . Dziennikarze i prawnicy z łatwością „rozprawili się” z wszystkim, co mogłoby świadczyć korzystnie o pozycji naukowej i intelektualnej profesora. Uderzenie w autorytet naukowy i społeczny jest nieco ryzykowne, toteż lepiej było zawczasu pozbawić go formalnych znamion autorytetu.

Z ludźmi cieszącymi się autorytetem bardzo trudno walczyć. Osobiście do pozbawiania ludzi należnych im formalnie praw do tytułów i zaszczytów nie przywiązujemy dużego znaczenia. Wiadomo nie od dziś, że obecnie wielu utytułowanych ludzi to dzieci nauki „z nieprawego łoża”. Nie powinno jednakże ujść naszej Czytelnika, że równolegle z nachalnym kreowaniem autorytetów fałszywych, w tym także z dopisywaniem (kurtuazyjnym ?) tytułów naukowych osobom, którym one nie przysługują, mamy do czynienia z niszczeniem prawdziwych autorytetów. Chcemy podkreślić, że pomijanie tytułów nie jest li tylko rezultatem kompleksów. Jest to także czynnik zwiększający skuteczność agresji.
W żonglerce autorytetami naukowymi dostrzegamy ciągłość praktyki, a nawet doskonalenie metod represji wypracowanych w latach okupacji sowieckiej. Proszę wybaczyć nam ostrość tego stwierdzenia. Jednak jest ono nieodzowne zarówno do ukazania mętnej wody, w której topi się takich ludzi, jak prof. Jarosz, jak też z potrzeby refleksji nad przyczynami rozczarowania, z który wielu dzisiaj odnosi się do obecnej kondycji nauki polskiej. Słychać głosy, że nauka polska znajduje się w głębokim kryzysie. Nikt nie zaprzecza, ale też prawie nikt tym się nie przejmuje.
Czytelnik może łatwo dostrzec, że u źródeł trudności w jasnym rozeznaniu racji leży niejednoznaczność: są fałszywe autorytety naukowe, ale są także autorytety prawdziwe. Pozornie trudno odróżnić jedne od drugich, z czego korzystają te pierwsze (fałszywe), zaś drugie (prawdziwe) tracą. Dla osób bardziej zorientowanych w sytuacji, sprawa jest prostsza: pierwsi niszczą naukę (choć się tego wypierają, jeśli zachodzi taka konieczność), drudzy natomiast tworzą naukę, zarówno gdy chodzi o dzieła, jak też środowiska i instytucje naukowe. Z tego punktu widzenia sprawy adwersarzy prof. Jarosza nie przedstawiają się najlepiej.
Nie jest to bynajmniej argument rozstrzygający sprawę Jarosza na jego korzyść. Jest to przede wszystkim wydobycie na światło dzienne zjawiska występującego w dużej skali, znacznie większej, niż mogłoby się to wydawać na pierwszy rzut oka. Fakt, iż przewija się ono w omawianych tutaj wydarzeniach, nie jest niczym zaskakującym. Dlatego sprawa prof. Jarosza jest doskonałą okazją do ukazania procesu niszczenia nauki polskiej. Trzeba zastrzec, że liczne przejawy jej niszczenia nie są trudne do uchwycenia. Na ten temat powstał całkiem pokaźny zbiór faktów i publikacji. Rzeczą niepokojącą jest natomiast niemal mała niewrażliwość opinii publicznej na ujawniane przykłady patologii nauki, alergiczny stosunek środowisk naukowych na przejawy krytyki zewnętrznej i wewnętrznej oraz solidarność tych środowisk w osłanianiu ludzi ewidentnie szkodzących nauce, a zarazem biernych w stosunku do jawnie agresywnych ataków na ludzi nauki. Takich właśnie jak prof. Jarosz.
Z drugiej strony, opinia publiczna nadal hołubi „profesorów” i cielęco wsłuchuje się w ich opinie (niezależnie od tego, czy są to mądrości czy brednie) . Te właśnie środowiska naukowe urządzają szeroko reklamowane jubileusze z okazji kolejnej rocznicy działalności uczelni oraz ronią łzy nad rzekomo krzywdzącym je pomysłem minister finansów: zlikwidowania nadzwyczajnych i trudnych do logicznego uzasadnienia preferencji podatkowych.
Głosy domagające się zasadniczych reform nauki w Polsce rozbijają się o mur niechęci i milczenia, a nawet są sprytnie wykorzystane do lansowania pozornych reform szkolnictwa wyższego (przypadek dr Józefa Wieczorka, twórcy Niezależnego Forum Akademickiego).

Do pewnego czasu sprawa prof. Jarosza była redukowana do osobistych ułomności i przykrych perypetii profesora. Jest to pierwszy, już bardzo pouczający etap tej sprawy. Cechuje go wyrywanie faktów i wydarzeń z szerszego kontekstu społecznego, pomijanie tła i problemów środowiska naukowego, co znacznie wypaczało również ukazywanie wątku osobistego. O fałszu zarzutów kierowanych pod adresem prof. Jarosza i zarazem niekompetencji legitymizujących te zarzuty organów państwowych świadczy fakt, że niektóre z nich, w świetle elementarnej wiedzy o mechanizmach funkcjonowania nauki, przekraczają granice absurdu. Jak można poważnie stawiać zarzut – a jest to wobec prof. Jarosza zarzut koronny – o korupcję polegająca na przyjmowaniu łapówek za przeprowadzenie doktoratu (niektórzy idą dalej – nawet habilitacji). Nietrudno przecież sprawdzić, że tryb otwarcia oraz przeprowadzenia przewodu doktorskiego wyklucza w tym zakresie indywidualne decyzje. Funkcjonowanie komisji ds. przewodu doktorskiego, dwie lub trzy recenzje pracy doktorskiej i co najistotniejsze – publiczna obrona tworzą mechanizm uniemożliwiający decydowanie o powodzeniu doktoranta przez tę czy inną osobę. Czasem ten mechanizm zawodzi, ale jest to wówczas konsekwencją działania wielu osób. Za co zatem prof. Jarosz brał rzekomo łapówki, skoro nie mógł zapewnić oczekiwanych korzyści? Przytoczony epizod „z doktoratami” wskazuje, że zarzuty wobec prof. Jarosza były prawdopodobnie inspirowane spoza kręgu ludzi nauki. Stawiających te zarzuty negliżuje kompletny brak kompetencji w kwestiach dotyczących funkcjonowania nauki. Nie można jednak nie zauważyć, że co najmniej dwie osoby - spośród młodych pracowników kierowanej przez prof. Jarosza uczelni – postawienie tych zarzutów wzięły na siebie. Trzeba być głupcem, aby podpisywać się pod takimi zarzutami. Teraz kolej na prokuraturę i sądy: czy naprawdę trudno było zweryfikować tak absurdalne zarzuty?

Jednak sprawa prof. Jarosza przestała być sprawą jego osobistych, nieprzyjemnych perypetii. Stała się jednym z kilku najważniejszych przyczynków do zagadnienia – niszczenia ludzi wybitnych, mogących pociągnąć za sobą w sensie duchowym lub organizacyjnym rzesze ludzi. A tego lekceważyć nie wolno.
Długo nie dostrzegano, że represje dotykające profesora nie były czymś wyjątkowym, lecz raczej „systemowym”. Naiwni mogą jeszcze dzisiaj przecierać oczy ze zdumienia: jak to możliwe, że w latach lat 90-ych represje wobec naukowców były czymś równie powszechnym jak w dekadzie lat pięćdziesiątych (i podobnie jak wcześniej, skrzętnie ukrywanym). Że dotknęły one kilkuset naukowców ? Jak to możliwe, że w międzyczasie doprowadzono do likwidacji lub ruiny kilkadziesiąt placówek naukowych? Do tych bulwersujących faktów warto jeszcze kiedyś wrócić.
Niszczenie autorytetów i nauki odbywa się z wielu stron, nie tylko ze strony fałszywych autorytetów naukowych. Na jej zgliszczach sadowią się politycy i urzędnicy ministerialni, działająca już całkiem otwarcie masoneria, inspektorzy NIK, śledczy i prokuratorzy, sędziowie itp. Prym wiodą dziennikarze i wulgarni internauci - dowcipnisie.
Przenosi to punkt ciężkości sprawy prof. Jarosza z wąsko pojętych zagadnień funkcjonowania (lub raczej: niszczenia) nauki na kwestie funkcjonowania „otoczenia” nauki. Niezbędne jest wyjaśnienie, jakie motywy i wydarzenia wywołały niezwykle brutalną i podejmowaną z różnych stron agresję wobec prof. Jarosza. Nie jest to możliwe przy ograniczeniu widzenia tylko do spraw osobistych, albo nawet do problemu patologii nauki. Wymagane jest uwzględnienie szerszej perspektywy ustrojowej i politycznej. Bez żadnych wybiegów należy postawić podstawowe pytanie: czy wspomniana sprawa Jarosza ma charakter kryminalny czy polityczny? Wokół tego pytania skupiają się wszystkie wątpliwości, a odpowiedź ma rozstrzygające znaczenie. Uznanie sprawy za czysto kryminalną cofa rozważania do wąskiego zakresu opinii dotyczących bezpośrednio „przypadku” prof. Jarosza. Uznanie sprawy za polityczną doprowadza nas do niezwykle trudnej i przykrej konstatacji. Biorąc pod uwagę represyjność akcji kierowanych pod jego adresem, zwłaszcza wyjątkowo bezwzględne i brutalne działania, nie możemy uciec od kolejnego pytania: czy w dzisiejszej Polsce są prowadzone nadal procesy polityczne? Niestety trudno uchylić się od pozytywnej odpowiedzi na to pytanie.
To skłania do wyzbycia się iluzji w wielu, bardzo wielu sprawach. Zmusza do wyboru między chowaniem głowy w piasek i przewartościowaniem poglądów na przeobrażenia, które dokonały się w ostatnich kilkunastu latach (poglądów, które okazały się naiwne lub idealistyczne). Sądzę, że właśnie takie przewartościowania dojrzewają od dłuższego czasu.

Aby nie być gołosłownym, zwrócimy uwagę czytelnika na jeden tylko symptom politycznego podtekstu ataku na prof. Jarosza. To atak na człowiek w podeszłym wieku i schorowanego (dwa zawały serca), wymagającego opieki lekarskiej. Takim jest, kiedy zostaje aresztowany i po pewnym czasie przewieziony do szpitala więziennego w Krakowie, skąd dowożony jest na rozprawy do … Rzeszowa. Ludźmi w jego wieku, często także schorowanymi, są oskarżeni o przestępstwa byli funkcjonariusze UB, w stosunku do których zgromadzono mocne dowody uczestniczenia w zbrodniczym procederze znęcania się i mordowania więźniów systemu komunistycznego. W tego rodzaju kilkunastu sprawach, o czym łatwo się przekonać z lakonicznych zazwyczaj publikacji prasowych, oskarżeni odpowiadali z wolnej stopy, zaś ich dolegliwości zdrowotne skutkowały odraczaniem rozpraw sądowych. Jeszcze bardziej skandaliczny był przebieg „nieudanych” procesów wobec winnych ewidentnej zbrodni komunistycznej: pacyfikacji kopalni „Wujek”. Oskarżeni nie tylko odpowiadali z wolnej stopy, a sądy skrzętnie akceptowały absencje z przyczyn zdrowotnych. Respektowali godną zazdrości solidarność grupową i poczucie bezkarności.
Asymetria w podejściu wymiaru sprawiedliwości do oskarżonego prof. Jarosza i oskarżonych zbrodniarzy komunistycznych jest jaskrawo widoczna. Profesor Jarosz został potraktowany gorzej niż zbrodniarze komunistyczni i na nic zdadzą się tłumaczenia, że jest to może uboczny skutek różnej praktyki prokuratorów i sądów w poszczególnych regionach kraju, a może nawet jakichś naleciałości postkomunistycznych nawyków czy … trudności kadrowych i słabego nadzoru. Wiemy na ten temat trochę więcej.

Symptom asymetrii w stosowaniu prawa będzie się pojawiał w sprawie prof. Jarosza ciągle i to w momentach szczególnie newralgicznych dla sprawy. Do jakiegoś czasu można było ulegać złudzeniu, że symptom ten nic nie znaczy albo zgoła niewiele. To jednak nic innego, jak widoczny i trudny do wymazania skutek instrumentalnego posługiwania się prawem. Z nieodległej przeszłości wiemy, że jeśli prawo dostaje się w ręce polityków traktujących funkcjonariuszy zatrudnionych w organach sprawiedliwości jak stado ogarów, skutki muszą być opłakane. Jak nieodległa jest ta przeszłość musimy się jeszcze przekonać.

(aby przeczytać cały artykuł pobierz plik)

G.H., T.T.

Logowanie