Biuletyn jest wydawany tylko w formie elektronicznej.
Na niniejszej stronie dostępne są wyłącznie jego zdekodowane fragmenty.
Całość opracowana jest w formacie PDF, który ułatwia
pobieranie zamieszczonych w nim tekstów.

Przegląd prasy

Komunikaty, ogłoszenia

Powraca sprawa prof. Jarosza (2)

2009-10-27

TUPET I AROGANCJA

Nikłe jest zrozumienie przyczyn kryzysu nauki w Polsce, o którym mówi się bezskutecznie kilkanaście lat. Ale nikt rozumie lepiej niż naukowcy, że bez zgłębienia tych przyczyn przezwyciężenie kryzysu jest niemożliwe. Wiara w działanie samoczynnych mechanizmów uzdrawiających naukę lub administracyjne „reformy”, to oznaka naiwności, lekceważenia roli nauki i trzymania się istniejącego stanu rzeczy.

Innym środowiskom można wybaczyć niedostrzeganie ścisłego związku między współczesną wiedzą naukową i perspektywami rozwoju społeczno-gospodarczego, ale nie środowiskom naukowym. To one właśnie, wspierane przez instytucje publiczne powinny dążyć do przezwyciężenia kryzysu nauki, eliminowania patologii naukowej, promować wysiłek naukowo-badawczy, a także wyjaśniać i upowszechniać w społeczeństwie informacje o znaczeniu rozwoju wiedzy naukowej w świecie współczesnym.

Ten wstęp do niniejszego artykułu byłby rzucaniem grochem o ścianę, gdyby nie fakt, że sprawa prof. Jarosza, stanowiąca przedmiot tego artykułu, wyostrza spojrzenie na wiele zjawisk uniemożliwiających rozwój nauki. Przyjrzymy się, jak funkcjonują instytucje powołane do administrowania sektorem edukacji i zobaczmy, jaką odegrały rolę w omawianej sprawie. Zwięzłość wymaga pominięcia wielu problemów, które pojawiały się od początku funkcjonowania założonej przez prof. Jarosza Państwowej Wyższej Szkoły Zawodowej w Jarosławiu. Skoncentrujemy uwagę jednie na dwóch epizodach. Warto je przedstawić, ponieważ nie tylko niweczą one przekonanie, iż ataki na prof. Jarosza nie były tendencyjne, ale również z tego powodu, że stanowiły jaskrawe przejawy nadużywania uprawnień przez władze oświatowe w celu niszczenia nauki.

Pierwszy ze wspomnianych epizodów dotyczy przeszkód, jakie kierownictwo ministerstwa powołanego dla zapewnienia dogodnych warunków rozwoju nauki stawiało przed Państwową Wyższą Szkołą Zawodową w Jarosławiu. Jednym z elementów koncepcji rozwoju Szkoły było utworzenie swojej filii w Zamościu. I oto zderzamy się ze zdumiewającą destrukcją ze strony ówczesnej pani minister Edukacji Narodowej i Sportu Krystyny Łybackiej (SLD).Przyjmijmy naiwnie, że pani minister kierowała się rzeczowymi racjami. Stwierdziła, co zostało odnotowane w diariuszu Senatu RP: Pragnę podkreślić, że Ministerstwo Edukacji Narodowej i Sportu nie jest przeciwne tworzeniu zamiejscowych jednostek organizacyjnych państwowych uczelni zawodowych. Jednakże, mając na względzie dobro studentów, trzeba pamiętać, iż do podstawowych zadań resortu należy dbanie o jakość kształcenia oraz o przestrzeganie prawa w nadzorowanych szkołach wyższych. Na chwilę wstrzymamy się przed skomentowaniem tej wypowiedzi. Dalej padają bowiem charakterystyczne zdania: Odnosząc się do kwestii postępowania władz PWSZ w Jarosławiu w aspekcie jego zgodności z przepisami dotyczącymi tworzenia zamiejscowych jednostek organizacyjnych, chciałabym zapewnić, iż decyzja o pozostawieniu wniosku o utworzenie w Zamościu zamiejscowej jednostki organizacyjnej PWSZ w Jarosławiu bez rozpoznania powzięta została po rozważeniu wszystkich okoliczności sprawy oraz po dokonaniu ich kompleksowej oceny. Dalej mówi: Jednocześnie z przykrością muszę stwierdzić, iż od ponad roku oczekuję na udzielenie przez Rektora Uczelni szczegółowych wyjaśnień w przedmiotowej kwestii. Dodatkowo zaznaczam, że w międzyczasie zmianie uległy zarówno przepisy dotyczące zasad tworzenia zamiejscowych jednostek organizacyjnych, jak i prowadzenia kształcenia w państwowych uczelniach zawodowych (nowelizacja ustawy z dnia 26 czerwca 1997 r. o wyższych szkołach zawodowych dokonana ustawą z dnia 27 lipca 2002 r. o zmianie ustawy o szkolnictwie wyższym oraz ustawy o wyższych szkołach zawodowych - Dz. U. Nr 150, poz. 1239).

Zapewnienie pani minister były i niepotrzebne i gołosłowne. Uzasadnienia, którymi usprawiedliwiała zwłokę w podjęciu jakiejkolwiek decyzji ministerialnej są kuriozalne. „Pozostawienie wniosku bez rozpoznania” jest oczywistym przykładem samowoli urzędniczej. W omawianym przypadku to zaniechanie stanowiło szkodę nie tylko dla samej uczelni, lecz przede wszystkim dla studentów i młodych ludzi chcących studiować. Kierowany przez minister Łybacką urząd w tym przypadku, a być może – zważywszy na jej sposób myślenia – szerzej, działał wbrew swej podstawowej funkcji, wykazując niedźwiedzią zręczność w posługiwaniu się biurokratycznymi chwytami. Fakt, że istota problemu jest trudno uchwytna, wymaga dodatkowego komentarza. Pani minister akcentowała potrzebę „przestrzegania prawa” (jednym tchem stawiając ją obok „dbania o jakość kształcenia”). Jednakże sama nie podzielała tej potrzeby. Uważała, że na szczeblu ministerialnym wolno prawem posługiwać się instrumentalnie, wyrządzając nieodwracalne szkody w objętej nadzorem administracyjnym dziedzinie. Od innych zaś – w tym przypadku od prof. Jarosza – domagała się czegoś więcej niż przestrzegania prawa. Mówi: od ponad roku oczekuję na udzielenie przez Rektora Uczelni szczegółowych wyjaśnień w przedmiotowej kwestii, jakby nie ona, lecz Rektor miał wytłumaczyć się z zawinionej przez nią sytuacji.

Od tamtego czasu przyzwyczailiśmy się do samowoli władzy, która ignoruje uzasadniające jej egzystencję funkcje publiczne, a nawet szkodzi nadzorowanym obszarom życia publicznego, spycha inicjatywy osób, środowisk czy organizacji do sfery działalności podejrzanej lub nawet nielegalnej, sobie zaś przyznaje swobodę instrumentalnego korzystania z prawa. Ale już kilka lat przed omawianym epizodem jeden z partyjnych kolegów pani minister Łybackiej w wywiadzie prasowym mówił z rozbrajającą szczerością: władza jest po to, aby z niej korzystać. Ten motyw – nadużywania władzy – tak silnie zakorzenił się w polskiej praktyce politycznej i administracyjnej, że niemal sami jesteśmy gotowi przyjmować je bez sprzeciwu.

Pani minister Krystyna Łybacka przedstawiła wtedy tylko jeden argument merytoryczny usprawiedliwiający jej obstrukcyjne zaniedbania. Powołała się na opinię Państwowej Komisji Akredytacyjnej, której obowiązkiem jest kontrola poziomu kształcenia w szkołach wyższych. Komisja ta wystawiła szkole w Jarosławiu pozytywną ocenę, choć dostrzegając – jak w wielu innych szkołach wyższych nieznaczne uchybienia – tylko ocenę warunkową. Dla pani minister jest to ocena … negatywna.

W poprzednim artykule z niniejszego cyklu wskazaliśmy, że częstym zjawiskiem jest asymetryczne traktowanie różnych podmiotów i osób znajdujących się w analogicznej sytuacji (zwłaszcza pod względem prawnym). Wspomnieliśmy wówczas, że asymetria w podejściu organów sprawiedliwości do prof. Jarosza jako osoby oskarżonej w kilku procesach (z oskarżenia publicznego) i oskarżonych zbrodniarzy komunistycznych była jaskrawo widoczna. Profesor został potraktowany gorzej niż zbrodniarze komunistyczni. Teraz dochodzi kolejny przykład takiej asymetrii. Szkoła w Jarosławiu (i imiennie prof. Jarosz) została zaprezentowana jako zła szkoła, mimo, że wiele innych szkół o podobnej lub gorszej kondycji naukowej było równocześnie przedstawianych jako dobre lub w miarę dobre, a przynajmniej nie stosowano wobec nich akcji destrukcyjnych. Czym jest – wolno zapytać – to zjawisko asymetrii ? Odpowiedź jest prosta: to jest dyskryminacja. Jest to dyskryminacja, której zabrania obowiązująca w Polsce ustawa zasadnicza.

Kilka wątpliwości, które jeszcze pozostały, zdaje się rozwiewać podniesienie sygnalizowanych tutaj kwestii przez senatorów Adama Bieli i Ireny Kurzępy (cytowane wypowiedzi pani minister Łybackiej były reakcją na ich oświadczenia). Adam Biela jest profesorem, a więc w podniesionych kwestiach poruszał się biegle. (W innych kwestiach, na przykład dotyczących spółdzielczości mieszkaniowej, musielibyśmy z nim ostro polemizować). Warto zatem przytoczyć nieco obszerny, lecz interesujący fragment jego oświadczania: Ustalone przez mnie fakty są następujące.

Po pierwsze, Państwowa Wyższa Szkoła Zawodowa w Jarosławiu uzyskała pozytywną ocenę w zakresie akredytacji w przypadku wszystkich prowadzonych w niej kierunków studiów. Co więcej, uczelnia ta znajduje się w czołówce rankingu szkół wyższych w 2003 r.

Po drugie, według dostępnych nam danych, PWSZ w Jarosławiu nigdy nie prowadziła żadnych zajęć dydaktycznych w Zamościu - nigdy żaden rodzaj dydaktyki nie miał miejsca (wcześniej pani minister Krystyna Łybacka stawiała takie zarzuty, później jednak zaniechała ich podnoszenia – A.S)…Nie są nam znane, jako byłemu wieloletniemu dziekanowi Wydziału Nauk Społecznych KUL i profesorowi oraz senatorowi RP, przepisy zabraniające jakiejś uczelni prowadzenia rekrutacji na swoje studia w innej miejscowości.
 

(aby przeczytać cały artykuł pobierz plik)

G.H., T.T.

Logowanie