Biuletyn jest wydawany tylko w formie elektronicznej.
Na niniejszej stronie dostępne są wyłącznie jego zdekodowane fragmenty.
Całość opracowana jest w formacie PDF, który ułatwia
pobieranie zamieszczonych w nim tekstów.

Przegląd prasy

Komunikaty, ogłoszenia

Sojusznicy czy agresorzy?

2009-10-27

W ocenach praktyk i przetasowań geopolitycznych politycznych, które nasiliły się pod wpływem globalnego kryzysu zaznacza się brak zrozumienia jednej z podstawowych kwestii, a mianowicie kwestii przyczyn i sposobów rozwiązywania współczesnych konfliktów politycznych. Sądzi się, że konflikty te rozwiązywane są za pomocą osiąganych na drodze dyplomatycznej konsensusu. Czyli rzekomo za pomocą G8 czy G20.

Tymczasem współczesne konflikty są coraz ostrzejsze, ponieważ zaostrza się walka konkurencyjna w skali globalnej. Jest to walka o panowanie nad zasobami surowców energetycznych i wody, ale nie tylko. Jest to walka o dostęp do wyzysku całych narodów i państw poddanych dominacji głównych graczy na arenie światowej.
Zasadniczym błędem w ocenie współczesnych realiów geopolitycznych jest pogląd, jakoby przetasowanie polegało na zmierzchu „starych państw” (Stanów Zjednoczonych i Europy) oraz zajmowaniu ich miejsca przez „kraje wschodzące”, takie jak Chiny, Indie czy Brazylia. Błąd polega na tym, że pomija się przeważającą część obszaru geograficznego, w którym funkcjonują systemy polityczne i ekonomiczne blokujące rozwój społeczno-gospodarczy. Zastrzeżenie można byłoby uznać za trywialne, gdyby dotyczyło ono „starego zacofania”, a tymczasem mamy do czynienia już z „zacofaniem wschodzącym”, a ściślej – postępującym z ekspresową szybkością. Dotyczy to przede wszystkim krajów postkomunistycznych (z wyjątkiem Rosji), a także niektórych „peryferii” europejskich (jak na razie Grecja czy Islandia). Systematycznie kamufluje się ten oczywisty fakt, zwłaszcza w statystykach i enuncjacjach rządowych cofających się krajów, aby sprawiać wrażenie, że nadal biorą one udział w wyścigu do dobrobytu.
Kryzys globalny nie poprawia sytuacji krajów postkomunistycznych, jak też nie złagodził problemów krajów „starego zacofania”, a przeciwnie – spowodował dramatyczne pogorszenie się ich sytuacji, bliskie katastrofie humanitarnej. Probierzem jest zacofanie pod względem materialnych i duchowych warunków życia ludności, a nie tempo zmian PKB, które współcześnie nie ma związku z sytuacją materialną ludności, ani perspektywami poprawy tej sytuacji. Jednocześnie, jeśli nie liczyć niezrealizowanych obietnic mikroskopijnej pomocy G20 dla krajów ubogich ( w porównaniu do środków przeznaczonych na stabilizację światowego systemu finansowego tylko 4 %), sytuacja tych krajów jest ignorowana. I chyba nie całkiem bezinteresownie.
Najbardziej uderza, że działania wobec krajów „wschodzącego zacofania” przyjmują coraz ostrzejszy, wręcz agresywny charakter zarówno ze strony „starych krajów” jak i „krajów wschodzących”. Stają się one głównym przedmiotem geopolitycznej rywalizacji między tymi dwoma biegunami.

Soft Power czy Soft Occupation?
W ocenach zjawiska globalizacji kryje się sugestia, iż obecne przejawy agresji w stosunkach międzynarodowych charakteryzuje przesunięcie punktu ciężkości z działań militarnych na rozliczne formy przymusu ekonomicznego. Nawet niektóre działania militarne (jak wojna w Iraku czy Afganistanie) ogniskują zainteresowanie opinii światowej jako przejaw ekonomicznej ekspansji Zachodu (lub imperialnego oblicza współczesnych Stanów Zjednoczonych). Przynajmniej podkreśla się ich ekonomiczne przyczyny (owinięte w bawełnę „wielkich słów”). To walka o kontrolę surowców energetycznych, o zniesienie barier dla „handlu światowego”, a nawet o zasoby wody, wyjaśniają, zdaniem wielu obserwatorów, powody akcji militarnych. Bo też mało kto wierzy w oficjalne uzasadnienia, zwłaszcza w te nawiązujące do potrzeby krzewienia wolności, demokracji, praw człowieka czy podobnych idei. „Humanistyczna” argumentacja usprawiedliwiająca uczestnictwo w agresji militarnej brzmi fałszywie i cynicznie, a może się upowszechniać dzięki zdominowaniu mediów i mechanizmów władzy. Soft Occupation?

Sojusze wojskowe nie rozwiązują problemu bezpieczeństwa. Przymierze militarne jest cos warte tylko wtedy, jeśli może chronić od militarnych zagrożeń którejś z jego stron. Jeśli jednak oceny zagrożenia są zróżnicowane wskutek odmiennego postrzegania charakteru tych zagrożeń ( militarnych, ale również politycznych i ekonomicznych) przymierze takie traci na znaczeniu, ponieważ staje się asymetryczne pod względem bezpieczeństwa i kosztów jego utrzymania.
Wspominam o tych, na ogół znanych faktach, z ważnych powodów. Główny powód jest następujący: okupacja niszczy narody, gospodarki, kulturę. Okupacja przeczy zasadom moralności, a także demokracji i konkurencji. Okupacja stanowi zaprzeczenie idei rozwiązywania problemów globalnych; przeciwnie - te problemy pogłębia.
Nadrzędność oporu wobec wszelkich przejawów okupacji nad argumentacją nawiązującą do potrzeby wsparcia sojusznika- okupanta lub korzystająca z zasłony rzekomej „misji pokojowej” musi być oczywista. To nie tylko odrzucenie etyki, to wskaźnik uzależnienia od sojusznika – okupanta i zagrożenie z jego strony.

Współczesny model agresji jest niewątpliwie bardziej złożony i finezyjny, aniżeli dziewiętnastowieczny model agresji zbrojnej, a także przykłady dwudziestowiecznych wojen światowych. Jest to model minimalizacji środków, który zakłada, że w pierwszej fazie wymuszenie totalnej uległości odbywa się w drodze szerokiego spektrum „Soft Power” obejmującego m.in. techniki „głębokiego przechwycenia”, czyli rekrutowania warstw przywódczych, przewertowania służb specjalnych i objęcie kontroli nad legislacją i wymiarem sprawiedliwości, a dalej – przejmowaniem rynków i aktywów gospodarczych. Ta pierwsza faza jest dobrze znana z opracowań naukowych. W drugiej fazie następuje kreowanie zagrożeń i użycie szantażu, zarówno tradycyjnie ekonomicznych (embargo, zamrożenie aktywów bakowych, konfiskata mienia) jak również współczesnych (przeprowadzenie ataku spekulacyjnego, retorsje międzynarodowych organizacji finansowych) albo użycia zespołu czynników składających się na izolację międzynarodową danego kraju w celu wywołania niezadowolenia i buntu miejscowej ludności wobec rządu. W trzeciej fazie, jeśli to wszystko zawodzi – dochodzi do ataku zbrojnego (jak w przypadku Serbii).
W odróżnieniu od Serbii Polska jest przykładem względnie łatwego podporządkowania politycznego i ekonomicznego już w pierwszej fazie, później wzmacnianego zdyscyplinowanie środkami z drugiej fazy. To zaś powoduje, że straty militarne nie wchodziły w grę, lecz z drugiej strony możliwie było zachowanie „mitu przyjaźni”, który oczywiście nie jest do utrzymania na dalszą metę. Tym bardziej, że nie mające hamulców zachowania agresywne muszą bezwzględnie się nasilać. Ucieka się wówczas do izolowania i pomniejszania znaczenia tych zachowań, takich jak bezzasadne, wręcz grabieżcze roszczenia amerykańskich środowisk żydowskich – wspierane oficjalnie przez Kongres oraz Departament Stanu, a nawet wprzęgnięte w politykę kreowania zagrożeń i szantażu. Wyraźnie widać, że jest to zgrane z roszczeniami majątkowymi i terytorialnymi Niemiec, które zdaje się uzyskały w tym zakresie jakąś koncesję (na takie akty agresji jak likwidacja polskiego przemysłu stoczniowego, umożliwiająca Niemcom eliminowanie „polskiego żywiołu” z Pomorza). Nie byłoby to możliwe bez amerykańskiej koncesji, dającej zielone światło dla germanofilskiej Platformy Obywatelskiej, która tę likwidację „zalegalizowała”.

Zdaje się, że niektóre kraje uznawane za sojuszników są nimi wyłącznie w sensie formalnego sojuszu wojskowego albo w znaczeniu propagandowym. Innymi słowy, sprawa sojuszy w kontekście współczesnego modelu agresji nie jest dobrze uregulowana. Łatwo więc o rozliczne nadużycia polityczne, prawne czy gospodarcze. Podstawowym nadużyciem zdaje się być deklarowanie „sojuszu bez zobowiązań”, umożliwiającego równoległe praktykowanie agresji ekonomicznej, a w najlepszym przypadku – sięgania po korzyści z szantażu restrykcjami finansowymi.
To toczy się przez całe dwadzieścia lat i to z coraz większym rozzuchwaleniem. Doszło do tego, że niektóre rządy „starych krajów” wcale się z tym nie kryją, lecz raczej uznają za swoiste prawo nabyte. Należy podkreślić, że jest to bardzo niekorzystne dla krajów „wschodzącego zacofania”, a w dłuższej perspektywie – również dla „starych krajów”. Niekorzystne w tym sensie, w jakim analogiczne kwestie ujmował trzy lata przed wybuchem II Wojny Światowej Roman Rybarski: „W warunkach, w których panuje siła fizyczna, masy narodu mają skłonność pogrążać się w bezwładzie. Zwyczajny człowiek lęka się walki, woli się nie narażać, kryje się głęboko ze swymi przekonaniami”.
 

(aby przeczytać cały artykuł pobierz plik)

T.Z, C.Ch.

Logowanie