Jak należało się spodziewać, kryzys gospodarczy wyciska silne piętno na świadomości Amerykanów. Mieszkańcy Ameryki Północnej tryskają humorem, który Polacy zademonstrowali w stanie wojennym. To humor wisielczy, z domieszką gorzkiej ironii pod adresem rządu. Przypominają słowa starej piosenki Rogera Watersa: mam 13 kanałów g… telewizyjnego, mam wybór… mam wybór… mam wybór... Ciekawe, że informują o tym poważne czasopisma ekonomiczne.
Do Amerykanów dociera wreszcie fakt, że neoliberalizm ekonomiczny nie jest epokowym wynalazkiem. Jeszcze kilkanaście miesięcy wcześniej książkę Miltona Friedmana „Wolny wybór” traktowali niemal jak biblię. Teraz liberalizm ten napawa niepokojem i niechęcią.
Porażka umiłowanego Smitha
Problem był wcześniej znany jako problem niestabilności rynków finansowych. Już w latach 70-tych ubiegłego wieku Hymen Mynski ostrzegał, że rynek finansowy nie jest rynkiem takim jak inne i można się na nim srodze zawieść. Dzisiaj to problem katastroficznych skutków nieograniczonej swobody Wall Street. Uderzenie kryzysu trafia nie tylko w amerykańską oligarchię finansową, ale w całość liberalizmu ekonomicznego. Wcześniej Amerykanie łatwo przełykali organizowane przez oligarchię ataki spekulacyjne na kraje Ameryki Łacińskiej, Rosję, Daleki Wschód, chociaż były to ataki nieokiełznanej agresji ekonomicznej, a co najmniej olbrzymie nadużycie zasad wolnego rynku. Ale tym razem Wall Street użyło „finansowej broni masowego rażenia” do uderzenia w amerykańską klasę średnią. Stąd olbrzymie wzburzenie.
Paul Farrel na łamach MarketWatch ironizuje na temat popularnego powiedzenia Adama Smitha, iż człowiek „myśli tylko o swym własnym zarobku, a jednak w tym, jak i w wielu innych przypadkach, jakaś niewidzialna ręka kieruje nim tak, aby zdążał do celu, którego wcale nie zamierzał osiągnąć. Społeczeństwo zaś, które wcale w tym nie bierze udziału, nie zawsze na tym źle wychodzi. Mając na uwadze swój własny interes człowiek często popiera interesy społeczeństwa skuteczniej niż wtedy, gdy zamierza służyć im rzeczywiście…”. Jasne, że spory wokół sformułowanego przez Smitha stanowiska nigdy nie ucichły, ale były to z reguły spory teoretyczne. Farrel zaś rzuca przeciw Smithowi argument najcięższego kalibru, że to ciągle akceptowane stanowisko dotyczy również rynku, „na którym 95 milionów zachowujących się irracjonalnie inwestorów ma rzekomo tworzyć całkowicie racjonalnie działający rynek akcji”. Wall Street nie jest rynkiem!
Posuńmy się trochę dalej. Skoro jesteśmy przy „Bogactwie Narodów”, to warto przypomnieć także inne stwierdzenia Smitha, dotyczące „dwóch schematów moralności”: „Jeden z nich można określić jako sztywny i surowy, drugi jako liberalny lub, jeśli chcecie, luźny. Pierwszy wzbudza zazwyczaj podziw i szacunek ludzi prostych, drugi natomiast uznają i przyjmują częściej tak zwani ludzie światowi. Stopień oburzenia, z jakim powinniśmy piętnować grzechy lekkomyślności, które rodzą się łatwo w dobrobycie i nadmiarze wesołości i dobrego humoru, stanowi jak się zdaje główną różnicę miedzy tymi dwoma przeciwnymi sobie schematami czy systemami”. Gołym okiem widać, że jest to podział mocno naciągany, nobilitujący liberałów. Najciekawsze są jednak dwa następne zdania. „W systemie luźnym lub liberalnym przepych, szalona a nawet rozwiązła wesołość, pogoń za uciechami, która posuwa się aż do granic rozpusty(…). Zwolennicy natomiast systemu surowego patrzą na te wybryki ze skrajnym obrzydzeniem i odrazą”.
Współcześni „ludzie światowi” z amerykańskiego świata finansów i polityki te banialuki wzięli sobie do serca, gdy chodzi o lekkomyślność i rozpustę. Niestety Smith nie mógł przewidzieć, że nadmiar dobrego humoru ostoi amerykańskiego liberalizmu, czyli klasy średniej, tak szybko przerodzi się w nadmiar wisielczego humoru.
Renowacja liberalizmu?
Głosu opinii publicznej w Stanach Zjednoczonych na ogół się nie lekceważy, co dobrze wygląda na tle większości krajów europejskich, w których opinie publiczna się jedynie „edukuje”, albo cynicznie lekceważy (jak w Polsce). Teraz widzimy różne manewry polityczne. Niestety, dominuje odpowiedź na pytanie, co zmienić, aby niczego nie zmieniać. A to oznacza, że Amerykanie nie mają co liczyć na szybkie wyjście z kryzysowej pułapki.
Widać dwie odpowiedzi na to pytanie.
Pierwsza polega na odkurzeniu ekonomii podaży, która jest ciekawą modyfikacją skrajnego liberalizmu ekonomicznego. Oparta na ekonomii podaży polityka Ronalda Regana nie jest forpocztą skutecznej walki z kryzysem, jak chcą to wmówić jej obecni animatorzy. Gospodarka amerykańska jest ich zdaniem przeregulowana. Pragną więcej swobody, a nie kontroli Wall Street. „To przeregulowanie rynku, nie zaś swobodna wymiana handlowa doprowadziły do tej zapaści” – zapewniał niedawno w Polsce Michael Reagan. Przykro, że wielu zacnych ludzi daje się na to nabrać.
Drugą odpowiedź daje polityka Baracka Obamy. Konieczny jest zwiększony nadzór nad Wall Street, co jest odzewem na głos amerykańskiej i międzynarodowej opinii publicznej.
Tym właśnie, co szczególnie irytuje Amerykanów, to socjopatologiczne zachowanie Wall Street, oparte na konspiracji zmierzającej do wyzucia Amerykanów nie tylko z majątku, ale także z kultury. Mit bankierów jako „ludzi światowych” odszedł w przeszłość. Społeczeństwa nie wierzą w nawrócenie, żądają silnego nadzoru.
Ale nie dotyczy to większości rządów, które robią często dobrą minę do złej gry. Zakłamanie przybiera na sile szczególnie w krajach pozbawionych własnego sektora państwowego. W Polsce rządowy nadzór bankowy nadal na czterech łapach służy zagranicznym bankom, pozwalając im realizować bez konsekwencji oszukańcze machinacje finansowe, wyprowadzać kapitały do zagranicznych central itp. Zamiast tego rząd i Komisja Nadzoru Finansowego (która już dawno powinna wzmocnić mechanizmy ochrony obrotu finansowego w Polsce), „nie widzą” że są zaślepione chciwością, pozbawione wszelkich skrupułów banki - zombi. Największym skandalem jest wsparcie przez KNF próby zniszczenia polskich Spółdzielczych Kas Kredytowo-Oszczędnościowych, które jako jedyne ograniczają monopolistyczne zapędy banków zagranicznych; kas opartych na zasadach ekonomii społecznej, a nie na ślepej chciwości; kas świetnie zarządzanych i nadzorowanych.
Kłopoty z Wall Street pozwalają zrozumieć kłopoty Obamy, ponieważ są to te same kłopoty. Obama kontynuuje „program stabilizacji” poprzedniej prezydentury, pompując setki miliardów dolarów w największe banki-zombi. A to nie przynosi spodziewanych rezultatów, a na dłuższą metę – komplikuje sytuację gospodarczą Stanów Zjednoczonych. Toteż coraz głośniejsze są ironiczne uwagi, że Obama pomaga bankom, pompując w nie dolary pożyczone od … banków. A zapowiadane na forum międzynarodowym projekty zaostrzenia nadzoru nad bankami chyba już zupełnie sczezły. Podejrzliwość Amerykanów wzbudza fakt, że Obama otoczył się tymi samymi światowymi ludźmi (ze świata finansów), którzy przyczynili się do kryzysu finansowego. I że Wall Street w niemałym stopniu sponsorował jego kampanię prezydencką.
Populistyczne i zarazem lewackie ruchy czarnoskórego prezydenta USA są odczytywane jako budowanie socjalizmu. Nie jest to ścisłe, zważywszy na fakt, że socjalizm sterowany przez oligarchię finansową byłby dość dziwnym tworem ustrojowym.
Znowu warto przypomnieć słowa Smitha, który zdecydowanie twierdził, że „władza, jaką daje bogactwo jest bardzo wielka nawet i w społeczeństwie zamożnym i cywilizowanym (…), że przewaga ta jest znacznie większa niż przewaga, jaką daje wiek lub przymioty osobiste”. Co do sytuacji w Stanach Zjednoczonych pasuje jak ulał.
(zaloguj się aby pobrać plik w formacie pdf)
St. Z.