Biuletyn jest wydawany tylko w formie elektronicznej.
Na niniejszej stronie dostępne są wyłącznie jego zdekodowane fragmenty.
Całość opracowana jest w formacie PDF, który ułatwia
pobieranie zamieszczonych w nim tekstów.

Przegląd prasy

Komunikaty, ogłoszenia

Powraca sprawa prof. Jarosza (4): Nowi barbarzyńcy

2010-02-16

Wyjaśnianie sprawy prof. Jarosza, która jak w soczewce skupia rozliczne dolegliwości i mankamenty życia społecznego we współczesnej Polsce, bardzo wyraźnie rysuje się nadużywanie władzy przez organy administracji rządowej oraz ich silne upolitycznienie. Dzisiaj, kiedy staje się to niekwestionowana regułą, trudno nie zauważyć, że sprawa ta stanowi swoiste preludium patologii, z którą dzisiaj nie potrafimy się ciągle uporać. Administracja rządowa nadal tylko sporadycznie jest przedmiotem poważnej krytyki, tradycyjnie zresztą ignorowanej.

Działania odpowiedzialnych za edukację funkcjonariuszy państwowych były w tej sprawie – w negatywny sensie – decydujące oraz niezwykle agresywne i uporczywe. Stanowiły niejako prototyp późniejszych praktyk politycznych.

Sprawa prof. Jarosza pozwala dostrzec dziwną ewolucję zachowań wysokich funkcjonariuszy państwowych. Zachowania te, początkowo z upodobaniem demonstrujące biurokratyczny styl działania, przeistaczają się w agresywne i urągające poczuciu przyzwoitości akcje, a wypowiedzi stają się jawnie kłamliwe. Nie zamierzam ukazywać czytelnikowi całego dossier na ten temat, tylko dla ilustracji przytoczę niektóre zwroty wypowiadane przez przedstawicieli władz edukacyjnych.

W połowie września 2005 roku lokalna gazeta przytacza wypowiedź rzecznika ministerstwa edukacji [Mariusz Godos: procedury ruszyły, Życie podkarpackie, archiwum (14 .09.2005)] dotyczącą zbudowanej przez prof. Jarosza Szkoły Wyższej: Minister negatywnie ocenił działalność rektora, senatu i konwentu tej uczelni za lata 2003 – 2005 […]. Kilkanaście dni temu minister M. Sawicki udostępnił wyniki kontroli, którą przeprowadzili przedstawiciele MENiS w jarosławskiej uczelni. W pokontrolnym sprawozdaniu resort nie zostawił na rektorze i prowadzonej przez niego uczelni suchej nitki.

Dwa tygodnie później ten sam minister chwali uczelnię w Jarosławiu, wystawiając jej znakomitą ocenę : Minister kilka razy podkreślał, że poziom nauczania w szkole jest dobry. [Dorota Wilk, Małgorzata Bujara : Były rektor w areszcie za łapówki, Gazeta Wyborcza, (28.09.2005)]. Zarzuty skupia wyłącznie na rektorze. Nie widzi w tym posunięciu zaprzeczenia wcześniejszych, negatywnych ocen uczelni, a tym bardziej nie zauważa, że pomijając zasługi rektora, mimowolnie je ujawnia. Bo czyż wysoki poziom kształcenia nie jest najbardziej wiarygodnym wskaźnikiem jego osiągnięć?

Apogeum ewolucji władz edukacyjnych przypada na lipiec – wrzesień 2005. Dochodzi do rzeczy wcześniej niespotykanej. W celu usunięcia prof. Jarosza z funkcji rektora uczelni w Jarosławiu minister – dzięki przewadze parlamentarnej rządzącej koalicji (SLD-UP-PSL) – dokonuje zmiany ustawy o szkolnictwie wyższym! Nie ma dwóch zdań, że forsowanie zmian ustaw w interesie partyjnym lub jakichkolwiek grup interesu jest naganne i dlatego zazwyczaj ze wstydem ukrywane. Stanowi skrajny przykład instrumentalnego traktowania prawa: nie tylko wykorzystywania dla własnego interesu istniejących przepisów i luk prawnych, ale nawet tworzenia prawa po to, aby interesy te forsować. Jawne uzasadnianie potrzeby dokonania zmian legislacyjnych interesem partykularnym, a nie dobrem publicznym, jest rzeczą kompromitującą. Czy jednak można stwierdzić, że tak właśnie w omawianym przypadku było? Można. Czy to nie było początkiem epidemii? Niestety, było.

Pomijam fakt, że zmiany legislacyjne przeprowadzono gorączkowo, niejako w przededniu oddania władzy przez rządzącą wówczas koalicję SLD – UP - PSL. Gdy zapadła decyzja o odwołaniu profesora Jarosza z funkcji Rektora, za tydzień zaledwie odbyły się wybory parlamentarne, które rządząca koalicja przegrała. Po wyborach determinacja ministra, aby doprowadzić faktycznie do usunięcia prof. Jarosza z uczelni i spacyfikowania jej senatu jeszcze wzrosła!

Pomijam fakt, że prof. Jarosz zaliczany był do najbardziej zwalczanych przez SLD środowisk opozycji politycznej. To niewiele tłumaczy, gdyż następcy SDL realizują jej scenariusz.

Jak zapatrują się Państwo na postulat, aby rządzące partie polityczne – nie godząc się z decyzjami legalnych, acz niezależnych od nich władz organizacji czy instytucji, mogły tym władzom po prostu (legalnie !) odbierać prawo podejmowania decyzji. Na przykład, gdyby rządzącym partiom nie podobał się – dajmy na to – prezydent Krakowa, mogłyby wydać ustawę odbierającą mieszkańcom Polski prawa wyborcze.

Dokładnie tak potoczyły się sprawy uczelni w Jarosławiu. Przygotowane przez ministra edukacji Sawickiego zmiany ustawy o szkolnictwie wyższym i uchwalone w lipcu 2005 roku odebrały senatom wszystkich uczelni w kraju prawo oceny rektorów i decydowania o ich działalności. Zlikwidowały – utrzymaną nawet w latach stalinowskich (choć raczej deklaratywnie) - autonomię polskich uczelni. Tylko dlatego, że senat Państwowej Wyższej Szkole Zawodowej w Jarosławiu nie uległ naciskom pana ministra i nie zgodził się na odwołanie prof. Jarosza z funkcji Rektora. Tylko dlatego artykuł 4.1. Ustawy o szkolnictwie wyższym, deklarujący, że uczelnia jest autonomiczna we wszystkich obszarach swojego działania na zasadach określonych w ustawie stał się świstkiem papieru.

Trudno wyobrazić sobie bardziej radykalne metody posługiwania się „narzędziami prawnymi”. Jest to pouczający przykład rugowania przeciwników politycznych wszelkimi dostępnymi metodami, nawet bez zachowania pozorów przyzwoitości. Dziś to już norma.

W czasie, gdy minister Sawicki przystępował do niszczenia autonomii jarosławskiej uczelni, nasila się nawałnica kalumnii, szyderstw i skandalicznych akcji inicjowanych przez wąskie, lecz wpływowe środowiska dziennikarskie. Początkowo dziennikarze Gazety Wyborczej, Rzeczpospolitej, telewizji TVN oraz popularnych portali internetowych (Onetu.pl, Money.pl), atakują szkołę w Jarosławiu i jej Rektora. Ale z chwilą, gdy władze uczelni zostają przez ministra spacyfikowane, a szkoła pochwalona przez niego za wysoki poziom nauczania, również dla dziennikarzy uczelnia stała się „cool”. I wtedy cały impet medialnego ataku został skierowany na prof. Jarosza.

Nawałnica medialna w sprawie prof. Jarosza współgra z cynicznym potraktowaniem prof. Jarosza przez ministerstwo administrujące szkolnictwem wyższym. Media wchodzą z ministerstwem w sprzężenie zwrotne, potęgując efekt agresji.

Jednak między tymi dwoma frontami występującymi przeciw twórcy Państwowej Wyższej Szkoły Zawodowej w Jarosławiu zachodzi różnica. Działania kierownictwa resortu edukacji zamykają sprawę prof. Jarosza w kręgu – można w uproszczeniu powiedzieć – resortowym. Można naiwnie przypuszczać, że dotyczą administrowania lub najwyżej stosunków – a czasem tarć - między ludźmi administrującymi nauką a ludźmi nauki (chociaż dają znać o sobie polityczne koneksje tych pierwszych). Nawałnica medialna natomiast – coraz ostrzejsza i bardziej wulgarna niż stwierdzenia ministra – ustawia sprawę Jarosza w innym, znacznie szerszym kontekście: społecznym.

W 2004 roku całkowicie znikają pozory obiektywizmu i bezstronności mediów. Na przykład, w relacji prasowej zamieszczonej w Gazecie Jarosławskiej z uroczystej inauguracji roku akademickiego w uczelni jarosławskiej, pod ironicznym tytułem Gromy jego Magnificencji mogliśmy przeczytać: Głównym punktem uroczystości miało być wystąpienie rektora A. Jarosza. Pytanie chwili brzmiało: komu znowu "dołoży"? Dołożył i to mocno. Tyrada zabrzmiała niczym poemat dygresyjny. Bo między imponujące liczby, obrazujące dotychczasowe niewątpliwe osiągnięcia jarosławskiej uczelni, A. Jarosz wplatał, często w sposób nader frywolny, uwagi, które co rusz wywoływały aplauz zgromadzonych. Prof. Jarosz wówczas cieszy się ciągle zasłużonym szacunkiem i popularnością, co przebija się nawet w tym, pisanym w stylu kabaretowym „ reportażu”. Rok wcześniej relacja tej samej gazety lokalnej z uroczystej inauguracji roku akademickiego brzmiała zgoła inaczej: Niemal cały dzień trwała w Państwowej Wyższej Szkole Zawodowej w Jarosławiu uroczystość związana z inauguracją roku akademickiego, której myślą przewodnią była słynna maksyma per aspera ad astra, czyli przez "ciernie do gwiazd". I następnie: PWSZ gwiazd może nie sięga, ale od "cierni" zaczynała na pewno - pięć lat temu. Od tamtego czasu wiele się zmieniło. Garstka studentów, od której Uczelnia zaczynała, przerodziła się w rzeszę niemal 12-tysięczną, a majątek PWSZ sięga w chwili obecnej, zgodnie z zapewnieniami Rektora, ponad 26 mln złotych. Komentować chyba tego nie trzeba!

W ciągu niespełna roku manipulacja mediów wokół sprawy prof. Jarosza przeistoczyła się w terroryzm medialny [Termin ten trafnie określa również rolę niektórych środków komunikacji społecznej w uniemożliwieniu Arcybiskupowi Stanisławowi Wielgusowi pełnienia posługi duszpasterskiej (Patrz: wypowiedź Bp Antoniego Dydycza w tekście „Dochodzimy do terroryzmu medialnego”, Nasz Dziennik, 8 stycznia 2007)]. Było to wtedy zjawisko nowe, chociaż początkowo trudne do odróżnienia od propagandy politycznej. Wśród wydawnictw prasowych nie brakowało oczywiście agresywnych tytułów, takich jak tygodnik Nie Jerzego Urbana i dziennikarzy pozbawionych wszelkich skrupułów, ale zostało to uznane za zajmowanie specyficznej niszy rynku prasowego; rynku czytelników pism brukowych (tj. taniej sensacji) oraz pism pornograficznych.

Na przykładzie sprawy prof. Jarosza stało się widoczne, że na tę agresję składają się ataki niszczące konkretnych ludzi, w najlepszym przypadku odbierające im dobre imię. Nie są to ataki będące wyrazem zacietrzewienia polemicznego tych czy innych ludzi, lecz realizacją szczegółowo opracowanych scenariuszy. Stwierdzenie to nie jest bynajmniej wyrazem podejrzliwości, lecz uszanowaniem faktu. Takie scenariusze są skrywane, lecz czyż niejeden z nich nie ujrzał światła dziennego?

Warto przypomnieć, że niedługo potem dziennikarzom TV TRWAM udało się jednak zdobyć i sfilmować opracowany na użytek wewnętrzny TVN scenariusz oczerniania Radia Maryja na piśmie.

Sprawa prof. Jarosza stanowiła poletko doświadczalne dla późniejszej, bardziej „profesjonalnie” prowadzonej walki niezbrojnej wpływowej części mediów. W tym sensie właśnie sprawa Rektora szkoły wyższej w Jarosławiu stała się prototypem wielu późniejszych projektów wykorzystania mediów w Polsce jako narzędzi agresji, co niebawem przeistoczyło się w falę zalewającą brudami nasze życie społeczne. Fala ta zalała wiele wybitnych postaci życia politycznego i naukowego, zaś szczególnie mocno uderzyła w cieszących się dużym autorytetem duchownych.

Tyle mówi się o ochronie środowiska naturalnego. Z co najmniej równym zaangażowaniem trzeba dzisiaj mówić o ochronie środowiska społecznego, a zwłaszcza kultury, i zdecydowanie jej się domagać.

W sprawie prof. Jarosza najważniejszym zamysłem skierowanego na profesora ataku medialnego było wykreowanie - wedle klasycznych reguł czarnego PR -nowego wizerunku profesora. Bez zniszczenia pozytywnego wizerunku i zastąpienia go najgorszym z możliwych większa część oskarżeń kompromitujących prof. Jarosza byłaby absolutnie niewiarygodna. Więcej, niektóre z tych oskarżeń - skierowanych przecież przeciw profesorowi nauk ekonomicznych, założycielowi i rektorowi prężnie rozwijającej się uczelni, osobie cieszącej się poważaniem społeczności uczelnianej i miasta Jarosławia, wykładowcy Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego – przekraczały granice absurdu. Toteż bardzo możliwe, że bez zrujnowania dobrego imienia prof. Jarosza oskarżenia te trafiałyby bumerangiem w oszczerców. Jak można – nie mając żadnych materialnych dowodów – uznać za poważne oskarżenie prof. Jarosza o groźbę zabójstwa, wysuwanego przez dziennikarkę Życia Podkarpackiego, panią Ewę Kłak – Zarzecką. A przecież doniesienia prasowe z całą powagą powielają jej zarzuty, iż - Dzwonił do mnie i mówił, że utopi mnie w Sanie, że załatwią mnie Ukraińcy – mówi Ewa Kłak, dziennikarka Życia Podkarpackiego, autorka reportaży o prof. Jaroszu [Onet.pl (9 lutego 2005)]. Przypisała ponadto profesorowi wulgarne słowa, których nie zwykłem przytaczać w swoich tekstach.

Onet.pl także nie zrezygnował z okazji, aby go oczernić: Wokół szkoły z jego powodu tworzy się atmosfera skandalu. Rektor odpiera zarzuty zawsze w ten sam sposób. Obelgami. W tym samym dniu TVN pokazała telewidzom niewybredny program o prof. Jaroszu, z nagraniem ze spotkania wigilijnego w Państwowej Wyższej Szkole Zawodowej w Jarosławiu. Chamskie zachowania dziennikarzy- komandosów nie sprawiały już na nikim wrażenia.

To zaledwie dwa przykłady ataku medialnego, zmierzającego do wykreowania negatywnego wizerunku prof. Jarosza. Czytelnik bez wysiłku może dostrzec, że atmosferę skandalu tworzyli właśnie autorzy cytowanego tekstu, a także to, że zdradzali swe intencje jednym słowem „zawsze”, znamionującym skrajną przesadę. Niedługo później pojawiły się artykuły, których autorzy już nie skrywali podłych intencji. O podłych intencjach świadczą nie tylko treści, lecz nawet same tytuły: Haniebny rektor (Monika Bartkiewicz) Szarża rektora (Małgorzata Bujara), Ucieczka w immunitet (Mariusz Godos). W ataku przodowała Gazeta Wyborcza, zamieszczając kilkanaście ewidentnie tendencyjnych publikacji i „doniesień” prasowych. Najbardziej jednak tandetna była zawartość siedmiu (nie podpisanych) artykułów Onetu.pl., stanowiących koktajl kalumnii, kłamstw i półprawd.

Niezależnie od intencji redaktorów i dziennikarzy realizujących scenariusz zniszczenia prof. Jarosza, ich działania stanowiły - obiektywie biorąc - silny nacisk wywierany na wszystkie strony zaangażowane w sprawę prof. Jarosza. W tym szczególne znaczenie miał nieskrywany nacisk na organy wymiaru sprawiedliwości.

Mieliśmy wtedy do czynienia z fenomenem nadużywania wolności prasy do walki politycznej. Warto przy okazji podkreślić, że ten fenomen nie wziął się z powietrza. Od jakiegoś czasu potęgowało się, początkowo słabo widoczne, ale rosnące w tempie wykładniczym, zjawisko kreowania przez media opinii publicznej, z jednoczesnym podszywaniem się pod tę opinię. To zjawisko, urągające wolności prasy, właśnie wówczas przepoczwarzało się w proceder niszczenia ludzi, przede wszystkim ludzi wybitnych.

Różnica między walką z negatywnymi stronami życia publicznego a niszczeniem godności ludzi oraz odbieraniem im należnego uznania oraz szacunku powinna oczywista i niepodważalna. Zacieranie tej różnicy nie ma żadnego usprawiedliwienia. Odzieranie prof. Jarosza z jego osobistej godności, przypisywanie mu najgorszych cech charakteru i zachowań obrażało go, lecz było też obrazą każdego innego profesora uczelni. Gdy takie czyny uchodzą bezkarnie, a oszczercy święcą kolejne tryumfy, sytuacja staje się dramatyczna. Pojawia się rozzuchwalenie i obłędna eskalacja niszczenia ludzi, co się właśnie w Polsce obecnie dzieje.

Dzisiaj pora zadać sobie kluczowe pytanie: Jakie są przyczyny stoczenia się części mediów – do niedawna sugerujących swoją bezstronność i profesjonalizm - na dno terroryzmu medialnego. Ogólny zarys odpowiedzi jest znany od dawna. Przypomnę, że w 1997 roku bp. Adam Lepa w książce Świat manipulacji starając się wyjaśnić specyfikę współczesnej manipulacji dziennikarskiej, lecz także ostrzega przed jej zgubnymi skutkami. Pisał m.in. W manipulacji, którą posługiwano się w latach 1989-1995, powstał cały panteon różnych „wrogów”. W kampaniach propagandowych musiał być zawsze jakiś „kozioł ofiarny, tzn. wróg społeczeństwa, wolności, postępu, otwarcia się na Europę itp. Takim elementem był w czasach totalitaryzmu komunistycznego: „kułak” (zamożny rolnik), „bandyta” (żołnierz AK), „wróg ludu” (arystokrata, inteligent), „czarny reakcjonista: (ksiądz katolicki).[…]. Dla dysponentów propagandy element urojonego wroga jest potężną siłą napędową i zapewnia wysoką skuteczność działaniom manipulatorskim. [Bp. Adam Lepa: Świat manipulacji, Tygodnik Katolicki „Niedziela”, Częstochowa 1997, s. 96-100)].

Jednak nie jest to odpowiedź wyczerpująca, ponieważ nie wyjaśnia, dlaczego agresywne zachowania mediów narastają (zamiast z czasem słabnąć), i obejmują coraz większy zakres życia publicznego: uderzają w społeczeństwo, w niektóre partie polityczne, a ze szczególnym impetem w Kościół katolicki. Panteon różnych wrogów – mówiąc słowami cytowanego biskupa – jest coraz większy. Ponieważ czasy totalitaryzmu komunistycznego odchodzą coraz dalej w przeszłość, wydawać by się mogło, że także kanony propagandy komunistycznej powinny przejść do historii. Tak jednak się nie stało.

Jestem przekonany, że istotnym czynnikiem krzewienia się terroryzmu medialnego był może słabo widoczny, lecz w istocie przełomowy proces kompromitacji powiązanych ze sobą kręgów ludzi pragnących zyskać miano elity (społecznej, kulturalnej i gospodarczej). W latach 1989 – 2002 widać było, jak powstawał i sięgał po wszystkie możliwe do łatwego zdobycia atrybuty elitarności specyficzny układ partykularnych interesów. [Jest to zagadnienie, które wymaga odrębnego, znacznie szerszego omówienia. Sądzę jednak, że brak konkretniejszego oświetlenia tego zagadnienia nie utrudni czytelnikowi śledzenia dalszej linii rozumowania]. Widoczna była na każdym kroku zapobiegliwość w pozyskiwaniu powierzchownych atrybutów elitarności. Nie koncentrowała się na osiąganiu społecznego uznania za niekwestionowane zasługi i na istocie przynależności do elity: obejmowania przywództwa jako obowiązku opiekowania się pozostałymi warstwami społeczeństwa i wprowadzenia do życia społecznego czynnika dalekowzroczności. A tego oczywiście nie można osiągnąć bez identyfikacji z narodem, jego kulturą i historią. Przynajmniej, jeśli idzie o Polaków.

W ogóle, ambicje tworzenia elity są wyrazem jakiegoś skrzywienia psychicznego, śladów trockizmu czy aroganckich koncepcji nowego „porządku światowego”. Nie mam zamiaru tutaj tego dociekać. Paradoks polega na tym, że to narody, wedle swej kultury i doświadczeń historycznych wyłaniają własne elity. Wszystkie inne „elity” są traktowane jako ciała obce lub okupacyjne.

W latach 2002 – 2005 następuje załamanie iluzji zdobycia szczytów hierarchii społecznej przez sygnalizowany układ interesów. Wskutek trochę niezrozumiałego (lub raczej nie wyjaśnionego do końca) splotu wydarzeń politycznych rozwalił się mozolnie budowany domek z kart.

Chcąc zrozumieć, co się wydarzyło, musimy cofnąć się pamięcią do jednej z największych i dotychczas nie wyjaśnionych afer, czyli do afery Rywina, zapoczątkowanej artykułem Pawła Smoleńskiego Ustawa za łapówkę czyli przychodzi Rywin do Michnika zamieszczonym w Gazecie Wyborczej (27.12.2002). Wkrótce, po powołaniu sejmowej komisji śledczej mającej wyjaśnić kulisy tej afery, telewizje TP 3 oraz Trwam relacjonowały na żywo posiedzenia tej komisji (działającej do 5 kwietnia 2004). Relacje z przesłuchań świadków okazały się silny wstrząsem dla całego społeczeństwa. Kolejne dwie sejmowe komisje śledcze dostarczyły dalszych, nie tyle wrażeń sensacyjnych, ile raczej smutnych i przerażających. Szczelnie zasłonięta wcześniej kurtyna została uchylona. Wówczas w analizach krytycznego odbioru zachowań i myślenia tzw. elity, opinia publiczna została zaszokowana rozmiarami i zasięgiem ujawnianych afer.

Jednak z obecnej pespektywy czasu taka ocena nie wydaje się przekonywująca. Wszystkie późniejsze sprawy aferalne, może tylko z wyjątkiem nieistotnych epizodów, (ujawnianie lub przynajmniej sygnalizowane w prawicowych mediach), spotykały się z powszechną obojętnością i lekceważeniem. Afery zostały przetworzone w spektakle kabaretowe, jak obecna afera hazardowa.

(aby czytać dalej pobierz plik z pełną wersją artykułu)
 

A.S.

Logowanie