Liberalizm ekonomiczny poniósł w Polsce totalną klęskę. Pozostał z niego jedynie rząd, rządowy optymizm i … ignorowanie nakręconego przez liberalne rządy masowego bezrobocia.
Z ekonomicznego punktu widzenia „bezrobocie” jest kategorią obejmującą zbyteczną dla gospodarki część społeczeństwa, czyli pozbawioną możliwości pracy. W latach 1990-2009 zrobiono jednak wszystko, aby tę podstawową kategorię ekonomiczną zdeformować. Pod pojęcie bezrobocia zaczęto podkładać w statystyce publicznej coraz „węższe”, upiększające dane o bezrobociu. Jest zrozumiałe, że statystyka musi posługiwać się określeniami pozwalającymi na mierzenie badanych zjawisk, toteż ogólny zarzut rozbieżności między kategoriami ekonomicznymi i określeniami statystycznymi byłby chybiony. Jednak gdy taka rozbieżność pozbawia określenia statystyczne sensu, wówczas sprawa jest poważna. Mamy wtedy do czynienia z manipulacją.
Powtórka z ekonomii
Przypomnijmy tutaj, jakie jest społeczno-ekonomiczne znaczenie bezrobocia i dlaczego należy mu się skutecznie przeciwstawiać.
Po pierwsze, oznacza ono spadek aktywności gospodarczej, za czym idzie zmniejszenie wzrostu gospodarczego. Straty z powodu masowego bezrobocia sięgają w Polsce setek miliardów złotych rocznie. Ale wielu obecnych polityków nie chce tego przyjąć do wiadomości, traktując wysokie bezrobocie jako utrudnienie w lansowaniu śmiesznej tezy jakoby Polska wyróżniała się spośród wielu krajów stosunkowo wysokim wzrostem gospodarczym. Cóż na to poradzić, skoro politycy ci unikają merytorycznej dyskusji jak diabeł święconej wody.
Po drugie, bezrobocie jest czynnikiem ubóstwa oraz rozwarstwienia ludności. Pod tym względem Polska jest jednym z krajów, w których czynnik ten jest wyjątkowo silny. Według Eurostatu w 2008 roku Polska odnotowała jeden z najwyższych wskaźników ryzyka zubożenia w grupie osób w wieku aktywności zawodowej (12%), dając się pod tym względem wyprzedzić tylko Rumunii (17%) i Grecji (14%). Oczywiście wśród bezrobotnych ryzyko zubożenia jest znacznie wyższe (w Polsce 39 %), choć mniejsze niż w jedenastu innych krajach UE. Warto zdecydowanie zaznaczyć, że główną przyczyną obecnego ubóstwa w Polsce jest nałożenie się na sienie dwóch zjawisk: niskiego poziomu płac i faktycznego bezrobocia. Ponadto nie powinien uciekać z pola widzenia wyjątkowo niski poziom dochodów pozapłacowych, czyli świadczeń socjalnych oraz dochodów kapitałowych.
Po trzecie, nie wolno zapominać, że bezrobocie jest zjawiskiem rzutującym negatywnie na niemal wszystkie wymiary życia społecznego. W powiązaniu z brakiem warunków mieszkaniowych przyczynia się do zahamowania rozwoju rodziny, regresu demograficznego i masowej emigracji zarobkowej. Jako wykluczenie ze środowiska zawodowego uniemożliwia samodoskonalenie i przyczynia się do utraty nabytych kwalifikacji zawodowych. Tworzy społeczności lokalne i grupy wiekowe naznaczone piętnem bezczynności i braku perspektywy, szczególnie narażone na liczne patologie i zachowania kryminalne. Negatywnie oddziałuje na zdrowie, bezpieczeństwo materialne, rozwój kultury i wychowanie.
Po czwarte, bezrobocie silnie zniekształca stosunki między pracodawcami i pracownikami, wzmacniając asymetrię między nimi, w szczególności sprzyja pogarszaniu warunków pracy i stabilności zatrudnienia. Bezrobocie stało się sposobem wywoływania lęku przed utratą pracy i „dyscyplinowania ludności”.
Pogorszenie warunków pracy wymagałoby odrębnego opracowania, więc tutaj wskazujemy tylko na jego niektóre przejawy. Widać, jak stale wzrasta liczba wypadków przy pracy, szczególnie powodujących okresową niezdolność do jej wykonywania. Ale o tym, że warunki pracy ulegają ciągłemu pogorszeniu, obecnie gwałtownie nasilającemu się, najdobitniej świadczy statystyka rejestrowanych strajków. W 2005 roku zarejestrowano 8 strajków z 1.592 osobami strajkującymi, w 2007 roku już 1.733 strajków, w których uczestniczyło 59.909 strajkujących (wzrost o 3763 % w skali dwóch lat!). W roku 2008 roku zarejestrowano aż 12.765 strajków z liczbą uczestników sięgającą 209.030 osób (wzrost o 735 % w skali roku!).
Bezrobocie faktyczne i statystyczne
Zastrzeżenia pod adresem statystyki zatrudnienia i bezrobocia są niezbędne z dwóch powodów. Pierwszym jest fakt, że odchylenia od stanu faktycznego są poważne i zarazem dziwnie jednokierunkowe, a mianowicie … pomniejszające skale zjawiska. Drugim jest to, że statystyka lansuje szczególne poglądy ekonomiczne, uznając niektóre problemy za nieistotne lub zgoła niedopuszczalne, zaś inne – za wymagające poparcia.
Ponieważ to drugie zastrzeżenie może być mało zrozumiałe, zacznijmy od niego. Jakie poglądy przebijają się przez grube tomy statystyki publicznej świadczy choćby tytuł rozdziału (roczników statystycznych) poświęconego zatrudnieniu i bezrobociu: „RYNEK PRACY”. Takie sformułowanie wyraźnie wspiera tezę liberalno-ekonomiczną, iż bezrobocie jest „zjawiskiem rynkowym”, za które nie rząd, lecz rynek ponosi odpowiedzialność. Bezrobocie jest uznane za rezultat niedostatecznego popytu na rynku pracy, co jest nadzwyczaj płytkie. Dlaczego? Otóż liberalny punkt widzenia podstawową przyczynę bezrobocia upatruje w nadmiernej wysokości płac, a w konsekwencji obniżenie poziomu płac uznaje za podstawowy czynnik wzrostu zatrudnienia. W myśl tego stanowiska zatrudnienie jest odwrotnie proporcjonalne do płac.
Co jednak zrobić w sytuacji, kiedy płace są sukcesywnie obniżane i wskutek tego skandalicznie niskie, a bezrobocie nadal rośnie? W takiej sytuacji cała orientacja liberalno-ekonomiczna okazuje się do niczego. Gorzej, jest ona propagowaniem nieograniczonego zubożania ludności przez wielkie korporacje finansowe i przemysłowe. Ta właśnie sytuacja ma miejsce w Polsce: wynagrodzenia pracownicze są na rażąco niskim poziomie (w porównaniu z innymi krajami Europy). Przeciętne wynagrodzenie nie wystarcza na zaspokojenie normalnych potrzeb rodziny, zwłaszcza w wielu rodzinach obciążonych utrzymaniem bezrobotnych członków rodzin i dalszych krewnych.
Jest charakterystyczne, że w rocznikach statystycznych pojawiła się tablica „KOSZTY PRACY”, czyli de facto wynagrodzenia pracownicze (brutto) rozpatrywane z punktu widzenia pracodawcy. Owe „koszty pracy” są w Polsce zdecydowanie niższe niż w pozostałych krajach europejskich, ale narzekania na ich wysokość – głośne nie tylko ze strony mających w tym interes przedsiębiorców, lecz również większości polityków i (z jednym wyjątkiem) ministrów finansów.
Przy okazji warto odnotować „keynesowską alternatywę”. Wedle niej dla przezwyciężenia bezrobocia (lub zwiększenia zatrudnienia) trzeba zwiększyć wydatki państwowe, co może pobudzić niedostateczną skłonność do konsumpcji oraz doprowadzić popyt na pracę do poziomu pełnego zatrudnienia. Ten punkt widzenia także dzisiaj jest poddawany renowacji jako remedium na problemy gospodarcze Polski. Jednak na taką politykę przeciwdziałania bezrobociu czyhają rezultaty lawinowo narastającego zadłużenia publicznego, które może skończyć się katastrofą (jak ostatnio w Grecji).
Głównym jednak problemem jest chroniczne uciekanie statystyki od przyznania oczywistego faktu: emigracja zarobkowa za granicę Polski nie zmniejsza bezrobocia, lecz tylko je kamufluje. To jest również część społeczeństwa zbyteczna dla gospodarki, mimo, iż jednostkowo decydowały o niej nie tylko trudności ze znalezieniem pracy, ale także niski poziom wynagrodzenia i brak perspektyw zawodowych. Jednak w skali makroekonomicznej również ta część społeczeństwa znalazła się za burtą.
Mówimy o zjawisku masowym, obejmującym ok. 2 mln osób, czyli niewiele mniej niż zarejestrowanych bezrobotnych (ok. 2,5 mln). Oficjalna statystyka emigracji zagranicznej nie pozwala na uzyskanie pełnego obrazu sytuacji. Nie dowiemy się, jaki procent emigrantów wyjeżdża z kraju z przyczyn zarobkowych. W miarę konkretne dane dotyczą tylko emigracji na pobyt stały (47 tys. w 2006 roku, 35 tys. w 2007 roku, 30 tys. w 2008 roku). To zaledwie kilka procent emigracji. Sygnalizują jednak, że nadal jest ona stosunkowo duża, a więc jej konsekwencje ekonomiczne i społeczne pogłębiają się.
Niezależnie od sporu wokół statystyki zatrudnienia i bezrobocia jest oczywiste, że emigracji nie wolno odrywać od bezrobocia. Mówienie o bezrobociu bez uwzględnienia masowej emigracji przypomina liczenie zmarłych na podstawie liczby nagrobków stawianych za murem cmentarnym.
Ciąg dalszy w następnym numerze EEM.
(zaloguj się aby pobrać plik w formacie pdf)
Prof. dr hab. Artur Śliwiński